lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LUTY 2007
nr 2/2007

Powołanie do bycia dzieckiem najlepszego Ojca

Bóg jest naszym Ojcem. Dla człowieka wierzącego to stwierdzenie wydaje się być oczywiste. Przecież od najmłodszych lat towarzyszy nam modlitwa "Ojcze nasz". Gdy natomiast zagłębimy się w tę prawdę, przestaje ona być taka po prostu "oczywista", a zaczyna być niezwykła, niepojęta, poruszająca do głębi.

Zwrócenie się do Boga - Ojcze - jest to po pierwsze naśladowanie Jezusa, wejście w Jego sposób relacji do Boga. Jezus wołał do Boga: "Abba". Ten aramejski wyraz w Biblii Tysiąclecia wyjaśniony jest jako: "Ojcze - z odcieniem serdeczności". Niektórzy natomiast tłumaczą go po prostu - "Tato, Tatusiu".

Nieraz byłam zachęcana na różnych rekolekcjach czy spotkania modlitewnych do zwracania się do Boga "Tatusiu". Ale za każdym razem wydawało mi się to strasznie sztuczne (oczywiście w moim wydaniu). Nie pasowało mi, abym do Boga Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi mogła mówić "Tatusiu". Dopiero, gdy doświadczyłam tak bardzo mocno bezradności wobec siebie, wobec swoich grzechów i słabości, taką totalną niemoc, z głębi serca samoistnie wyrwał się jęk: "Tatusiu, ratuj! Pomóż, przecież jestem Twoim dzieckiem. Nie potrafię sobie poradzić". I On przyszedł...

I to jest właśnie cały On - Miłosierdzie. Najlepszy Tata na świecie. Cierpliwy. Nawet jeśli nie zauważam, lub wątpię w Jego miłość - On się nie zniechęca. Bo przecież nie może zapomnieć o swoim dziecku.

I nawet nie chodzi o to, czy zwrócę się do Niego: "Tatusiu" czy "Ojcze", ale o moją relację, o postawę serca, taką jaką ma małe dziecko do swojego ukochanego tatusia. Dziecku nawet przez myśl nie przejdzie, że tata mógłby mu odmówić pomocy.

Bóg bardzo pragnie, byśmy przychodzili do Niego jak dziecko do Taty, bo pragnie z nami tej ciepłej, bezpośredniej i przede wszystkim pełnej ufności relacji. Nie chce, abyśmy przed Nim coś ukrywali, bali się Go, bo "w miłości nie ma lęku" (1J 4,18).

Zobaczmy też jak o tej relacji pisze Sł. B. Ks. Michał Sopoćko:

"Mamy przedstawiać sobie Boga nie tylko jako Pana i Sędziego, ale jako Ojca Miłosiernego, który każdym z nas opiekuje się i zsyła niezliczone łaski Miłosierdzia. Pan Bóg usilnie - że tak powiem - stara się, abyśmy uznali Go Ojcem naszym [...] po to głównie zstąpił Syn Boży, by świat poznał Miłosierdzie Ojcowskie Boga; On modlić się kazał codziennie: 'Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech'.

O gdyby ludzie zawsze uważali Boga za Ojca, a siebie za Jego dzieci, jakżeby wielce uwielbili Boga i uszczęśliwili siebie! Gdyby często myśleli o dobroci i nieskończonym Miłosierdziu Bożym, wówczas całe życie byłoby jednym hymnem miłości, a wszystkie pragnienia, słowa i czyny miałyby za cel jedyny przypodobanie się Bogu. Wtedy ufność dziecięca zamieszkałaby w ich sercu, a z ufnością pokój, z pokojem wesele i radość. Nic bowiem tak nie rozbudza w nas miłości i ufności, jak rozważanie nieskończonego Miłosierdzia Bożego, jakie Bóg wciąż nam okazuje i z jakim pragnie naszego dobra i dla którego nazywamy Go Ojcem.

Gdybyśmy częściej myśleli o Miłosierdziu Bożym i przedstawiali Boga w miłosiernej ku nam dobroci, na pewno modlitwy nasze byłyby żarliwsze, prace milsze, krzyże lżejsze, boleść straciłaby swoją gorycz, a życie nie byłoby tak ciężkie, jak jest obecnie dla wielu ludzi. Lecz niestety, zbyt często zapominamy, że Bóg jest Ojcem Miłosierdzia, a my Jego dziećmi, i dlatego skazujemy sami siebie na smutne sieroctwo.

Skoro więc dziećmi jesteśmy Boga Miłosiernego mamy z upodobaniem często myśleć o swoim Ojcu i cieszyć się z Jego doskonałości, z Jego nieskończonej piękności, dobroci i Miłosierdzia: odczujemy wówczas niewypowiedzianą radość i szczęście przeobfite" (O wdzięczności za Miłosierdzie Boże, s. 16-17).

Biegnijmy więc często do naszego Ojca Niebieskiego, w najdrobniejszych nawet sprawach. Pytajmy Jego o wszystko. Przychodźmy tak zwyczajnie, takimi jakimi jesteśmy. On przecież uczynił nas swymi dziećmi zanim zdążyliśmy to sobie uświadomić.

s. Estera Rudź, ZSJM