lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LUTY 2007
nr 2/2007

Igrzyska

Początek tego roku obfituje w igrzyska o wymiarze ogólnonarodowym. Nie chodzi - rzecz jasna - o sport, lecz o najprawdziwsze życie. Najpierw na arenie stanął arcybiskup nominat warszawski Stanisław Wielgus. Wybitny naukowiec, znakomity rektor KUL-u w latach 90-tych, zachwycający mówca i wykładowca (osobiście bardzo lubiłem go słuchać) mimowolnie znalazł się na arenie igrzysk z powodu swojej przeszłości. W gąszczu oskarżeń zaplątał się; zaprzeczał, minimalizował, aby ostatecznie przyznać się, wyrazić skruchę i prosić o wybaczenie. W końcu zrezygnował, co podniosło następną odsłonę igrzysk w postaci zajść i protestów przed katedrą warszawską. Prowokowane przez dziennikarzy starsze osoby zachowywały się agresywnie, co filmowano skrzętnie (zachowania ludzi, prowokacji nie filmowano). Wszelkiej maści lewactwo, eks-ubectwo, wszyscy wrogowie Kościoła, mieli ubaw po przysłowiowe pachy. Ilu katolików słabej wiary i marnej moralności, szukających usprawiedliwienia dla swego niezgodnego z Ewangelią stylu życia, otrzymalo "żelazny list" na pożegnanie z Kościołem? Bóg jeden raczy wiedzieć. Ile bólu i zażenowania kosztowały te igrzyska wiernych Kościoła? I to jedynie On wie. I On to policzy.

Druga odsłona igrzysk nastąpiła w ciągu kilku dni. Na arenę wystąpił przybysz z Kamerunu. Okazało się, że ów rzekomy emigrant polityczny i nieustraszony bojownik z rasizmem, a jednocześnie idol wyzwolonej młodzieży lewicowej (m. in. bywalec słynnego klubu "Le Madame") objawił się jako siewca śmierci. Facet był jurny wielce, a wyzwolone dziewczęta chętnie udostępniały się bojownikowi z rasizmem, który w dodatku i talent poetycki okazywał. Pełna dyspozycyjność (otwartość) wyswobodzonych z ciasnego gorsetu moralnych ograniczeń, postępowych panienek wobec czarnego herosa antyrasizmu, była bardzo "en vogue". Niejedna z tych dziewcząt - jako seksualnie uświadomiona - domagała się od idola założenia prezerwatywy. Ten natychmiast z oburzeniem oskarżał ją o rasowe uprzedzenia, co skutkowało ekspresowym spokornieniem nie dość antyrasistowskiej panienki, której prorok antyrasizmu mógł już sobie spontanicznie poużywać, w ramach obalania międzyrasowych barier.

Przysłowiowa bomba wybuchła, gdy okazało się, że czarny, jurny heros jest nosicielem wirusa HIV(!). Przerażające widmo śmierci zajrzało w oczy wszystkim dziewczątkom, które - dzięki antyrasiście roku - pozbyły się wprawdzie rasistowskich uprzedzeń, za to nabyły śmiercionośnego wirusa. Ponieważ ten rodzaj dziewcząt charakteryzuje się wysokim poziomem dostępności seksualnej, można się obawiać, że wyrok śmierci otrzymały setki - jeśli nie tysiące - młodych Polaków (!!!).

Ile cierpień, ile bólu przed nimi i ich rodzicami? Jeden Bóg raczy wiedzieć.

ks. Marek Czech