lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
GRUDZIEŃ 2006
nr 12/2006

Prawdziwa historia św. Mikołaja

Trudno wyobrazić sobie Boże Narodzenie bez prezentów. A więc najpierw dokładne przeliczenie pieniędzy, po czym bieganie do upadłego po sklepach, żeby każdy pod choinką znalazł coś dla siebie. Patronem tej corocznej akcji jest od wieków św. Mikołaj. Większość nie wie nawet dlaczego. W dzisiejszym świecie stawianie wielu pytań nie jest zbyt modne. Wystarczy, że inni tak robią i basta.

Tymczasem lektura życiorysów Świętych nie tylko ubogaca wiedzę, lecz przede wszystkim uczy jak żyć po chrześcijańsku. I nie ma większego znaczenia, że fakty historyczne przeplatają się nieraz z legendą.

Tak jest właśnie w przypadku św. Mikołaja. Jego najważniejsi biografowie tworzyli w Konstantynopolu, Neapolu oraz Kijowie. Każdy widział go po swojemu, każdy pisał na użytek innego środowiska i naturalnie w duchu własnej epoki. Nie ma jednak najmniejszej wątpliwości, że był on kimś wyjątkowym, co skądinąd charakteryzuje wszystkich Świętych.

Mikołaj urodził się około 260 r. w zamożnej chrześcijańskiej rodzinie. Dzieciństwo i młodość spędził w Patarze, znacznym mieście na wybrzeżu Morza Śródziemnego, obecnie w granicach Turcji. Święty Klemens Aleksandryjski wspomina w swoich pismach czczone w Patarze posągi Zeusa i Apolla. Przypisując ich autorstwo Fidiaszowi, ironizuje, że genialny rzeźbiarz zwiódł swym talentem nieuczone masy. Panująca w mieście swoboda obyczajów oraz brutalna walka o byt i pozycję, były dla młodego chrześcijanina trudną próbą. Pomimo tego, Mikołaj pozostał wierny zasadom wyniesionym z rodzinnego domu. Zawsze bogobojny i wrażliwy na potrzeby najuboższych, musiał budzić zdumienie otoczenia zdominowanego przez pogan. To był ten wysiłek, o którym mówił Pan Jezus, że "łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Niebieskiego" (Mt 19, 24).

Pewnego razu znajomy mu człowiek postanowił z powodu ubóstwa skierować swoje trzy córki na drogę prostytucji. Taki los spotykał nierzadko dziewczyny, które nie miały posagu. Jeszcze w ubiegłym wieku specjalne bractwa kościelne zbierały pieniądze na posagi dla kobiet trudniących się nierządem. Mikołaj był pod tym względem prawdziwym pionierem. Głęboką nocą, gdy normalni ludzie śpią w najlepsze, zakradł się niczym złodziej pod dom biedaka, tyle że zamiast zabierać cokolwiek, wrzucił do środka woreczek ze złotymi monetami. Dzięki temu najstarsza z córek mogła nareszcie wyjść za mąż. Za kilka dni zrobił dokładnie to samo i również średniaczka stanęła na ślubnym kobiercu. Ojciec dziewczyn postanowił za wszelką cenę poznać dobroczyńcę rodziny. Pozostała jeszcze do wydania najmłodsza z córek i jak słusznie przypuszczał, lada dzień należało się spodziewać kolejnej wizyty tajemniczego gościa. Kiedy Mikołaj podrzucił po raz trzeci sakiewkę ze złotem, mężczyzna wyszedł z ukrycia i rzucił mu się z wdzięcznością do nóg. Wiadomość rozeszła się po mieście lotem błyskawicy. Jedni podziwiali Mikołaja, drudzy prosili go o pomoc, a przecież pomimo swej zamożności nie był w stanie zaspokoić wszystkich oczekiwań. Trzeba pamiętać, że Patara liczyła wówczas około 20 tys. mieszkańców, przez co uchodziła za prawdziwą metropolię. Chcąc nie chcąc Mikołaj przeniósł się do odległej o 60 km Myry. Była ona również znaczącym miastem. Do jej portu zawijały statki transportujące zboże z Aleksandrii Egipskiej do Rzymu. Ponieważ nie istniały wówczas linie pasażerskie, zabierały one na pokład podróżnych. Na jeden z takich statków przesiadł się w tutejszym porcie św. Paweł Apostoł, eskortowany do Rzymu, po odwołaniu się do trybunału cesarskiego.

Ruiny starożytnej Myry znajdują się w pobliżu miejscowości Kale-Demre. Jak w przypadku innych wielkich aglomeracji, przyczyną jej upadku były trzęsienia ziemi oraz epidemie dżumy. Trzeba niezwykłej fantazji, żeby zwiedzając wykutą w skałach nekropolię, czy amfiteatr, wyobrazić sobie dawną świetność miasta.

Według niektórych przekazów, biskupem miejscowej wspólnoty był właśnie wujek Mikołaja. To mobilizowało go jeszcze bardziej do prawdziwie ewangelicznego życia. Lecz biskup zmarł pewnego dnia i należało znaleźć następcę. Nie było wówczas jeszcze nuncjuszów którzy robią rozeznanie w terenie, ani watykańskiej Kongregacji, która po różnych przymiarkach i dyskusjach przedstawia papieżowi “ternę" kandydatów. Zbierali się po prostu biskupi z całej metropolii oraz przedstawiciele wiernych świeckich i dokonywali wyboru. Po wielu głosowaniach nie udało się niestety wybrać nowego biskupa Myry. Postanowiono więc, że zostanie nim ten mężczyzna, który następnego dnia przyjdzie pierwszy do kościoła. Eucharystia odprawiana była wówczas głównie w niedzielę, jednak Mikołaj zachodził do kościoła znacznie częściej. Tamtego dnia zjawił się w świątyni jako pierwszy. Zaraz okrzyknięto go biskupem, a metropolita udzielił mu święceń. Nic nadzwyczajnego jeśli pomyśleć, że św. Ambroży wyniesiony przez tłum na stolicę mediolańską kilkadziesiąt lat później, nie był nawet ochrzczony.

Dzięki wujkowi, Mikołaj znał już trochę swoją diecezję. Teraz musiał jednak sam decydować o wszystkim. Pracy nie brakowało. Obok sprawowania Eucharystii, biskup czuwał nad przygotowaniem do chrztu katechumenów, troszczył się o dziewice konsekrowane i wdowy, przede wszystkim zaś był dla wierzących punktem odniesienia we wszystkich sprawach, jak ojciec w rodzinie. Mniej więcej w tym samym czasie cesarz Dioklecjan rozpoczął krwawe prześladowania chrześcijan. Wyznawcy Chrystusa byli lojalni wobec imperatora, uznawali nawet, że jego władza pochodzi od Boga. Odmawiali jednak kategorycznie oddawania mu czci boskiej, odrzucając jednocześnie wszelkie oficjalne pogańskie bóstwa. Z tego powodu wielu poniosło śmierć, inni zostali pozbawieni majątku lub zesłani na krańce imperium. Kościół nie miał już wtedy charakteru "katakumbowego" i administracja cesarska doskonale wiedziała kto jest kim. Mikołaj trwał niezłomnie na swoim miejscu. Ileż razy wywierano na niego różne presje, osadzano w więzieniu, biczowano. On jednak dochował wierności Chrystusowi. Dopiero cesarz Konstantyn Wielki nakazał wstrzymanie prześladowań. Było to dokładnie 29 października 312 r., dzień po zwycięstwie nad Maksencjuszem u wrót Rzymu. Od tej chwili wypadki potoczyły się szybko. Tenże Konstantyn ogłosił niedzielę dniem świątecznym, przyjął chrzest, a nawet zaczął uważać się za "biskupa biskupów" - "episcopus episcoporum". Ponieważ ówczesny Kościół dręczyło wiele poważnych problemów, cesarz zwołał do Nicei sobór powszechny.

Na podstawie zachowanych spisów można sądzić, że w zgromadzeniu wzięło udział ponad 300 biskupów, którym towarzyszyła spora grupa księży, diakonów oraz świeckich filozofów. Lista Teodora Lektora podaje na 151 miejscu Mikołaja biskupa Myry. Głównym tematem soboru, obok daty świętowania Wielkanocy, była doktryna nazywana arianizmem. Jej autor Ariusz głosił, iż Syn Boży został stworzony przez Boga Ojca z nicości, w związku z czym nie jest mu równy. Pośród ojców soborowych rozgorzały dyskusje. Mikołaj był w grupie, która utrzymywała, że Syn Boży jest "współistotny Ojcu", równy mu pod każdym względem, "Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego". Przekonany, że Ariusz ubliża swoją nauką Chrystusowi, miał go nawet w przypływie świętego gniewu publicznie spoliczkować, za co spędził kilka dni w areszcie. Jego nieugiętą postawę w obronie wiary dobrze oddają bizantyjskie ikony. Zamiast dobrotliwego staruszka z długą siwą brodą, widzimy na nich Mikołaja jako pełnego majestatu biskupa. Żadnej czapki z pomponem, czy mitry, tylko wyłysiałe czoło poprzecinane głębokimi bruzdami, świdrujące do głębi oczy i krótka bródka. Prawa dłoń wzniesiona do błogosławieństwa, w drugiej święta księga. Na Soborze Nicejskim zwyciężyła ostatecznie nauka o równości Ojca i Syna, ale nieszczęsna herezja Ariusza długo jeszcze panoszyła się po świecie, dlatego Mikołaj musiał bronić czystości wiary także w swojej diecezji.

Prości ludzie, co to ledwie znają katechizm, cenili go sobie najbardziej za wielkie serce. Oto w 334 r. zapanowała w prowincji Licyjskiej olbrzymia susza. Chociaż pomiędzy górami Taurus i morzem rozciąga się zaledwie wąski pasek ziemi, można na niej uprawiać dosłownie wszystko. Do dzisiaj pochodzące stąd pomidory nie mają sobie równych w całej Turcji. Lecz jeśli nie pada nawet najżyźniejsza gleba nie wyda plonów.

Mikołaj postanowił pomóc ludziom, którzy cierpieli głód. Za każdym razem, kiedy do portu przybijał okręt transportujący zboże z Egiptu do Europy, prosił kapitana, żeby odsypał trochę ładunku. Nie wiadomo jakich używał argumentów, ale w ten sposób ocalił wielu mieszkańców Myry od niechybnej śmierci. Jak by tego było za mało, udał się następnie do Konstyntynopola, gdzie wyprosił u cesarza obniżkę podatków. Innym znów razem jego interwencja uratowała życie trzem trybunom wojskowym, którzy padli ofiarą dworskich intryg.

Nie trzeba dodawać, że z dnia na dzień zdobywał sobie coraz większy rozgłos. Święci są jak słońce, które świeci na prawych i nieprawych i tak było ze św. Mikołajem. Hagiografie opowiadają historię marynarzy, których zaskoczył na morzu straszny sztorm. Ówczesne okręty szły na dno przy lada burzy, dlatego załoga zdawała sobie sprawę ze śmiertelnego zagrożenia. Ponieważ "tonący brzytwy się chwyta", marynarze, chociaż na co dzień nie byli świętoszkami, zaczęli wyzwać pomocy Mikołaja. W tym momencie zjawił się na pokładzie jakiś nieznajomy człowiek i pouczył ich jak poprzesuwać ładunek, aby statek nie zatonął. Kiedy tylko szczęśliwie przybili do portu w Myrze, zaraz pobiegli do kościoła. Biskup kończył właśnie celebrację Eucharystii. Rozpoznali w nim człowieka, który przyszedł im z pomocą podczas sztormu. Ciekawe, że podobne fakty możemy odnaleźć w życiorysie św. Ojca Pio. Pan Bóg ma swoich wybrańców w każdej epoce.

Uważa się, że św. Mikołaj zmarł około 345 r. Bizantyjscy władcy wznieśli nad jego grobem okazałą świątynię, odbudowując ją następnie po trzęsieniach ziemi i najazdach plemion arabskich. Ma ona obecnie status muzeum. Tylko wyjątkowo władze zezwalają na odprawianie w niej nabożeństw prawosławnych.

Sława biskupa Myry rozprzestrzeniała się z jeszcze większą siłą po jego śmierci. Tym bardziej, że z doczesnych szczątków Świętego emanowała aromatyczna substancja, ni to woda ni olej, co zresztą miało już precedensy w miejscu pochówku innych Świętych. Ludzie przybywali więc do Myry z najdalszych zakątków Imperium, upraszali potrzebne łaski i zabierali ze sobą ampułki z drogocennym płynem, nazywane "eulogiami św. Mikołaja". Greckie słowo "eulogia" tłumaczy się z jako "błogosławieństwo". Była to więc klasyczna pamiątka z pielgrzymki, mająca zapewnić stałą opiekę Świętego.

Rosnąca sława sanktuarium okazała się dlań destrukcyjna. Relikwie św. Mikołaja były bowiem obiektem pożądania wielu, poczynając od dwóch morskich potęg tamtego okresu: Wenecji i Genui. Żyjący przy kościele mnisi oraz mieszkańcy Myry bronili się jak mogli przed różnymi rabusiami. Ostatecznie jednak dopięła swego ekspedycja wysłana z Bari. Miasto to leżące nad Adriatykiem w dolnej części Półwyspu Apenińskiego, było rezydencją gubernatora bizantyjskiego. W 1071 r. zajęli je Normanowie i gubernator musiał przenieść się na Sycylię. Żeby ratowć prestiż Bari, postanowiono sprowadzić relikwie św. Mikołaja. Rabunek pozostanie zawsze rabunkiem lecz okolicznością łagodzącą tego czynu było to, że w tym samym czasie Anatolia, a więc i Myra, wpadły w ręce muzułmańskich Turków Seldżuckich. Istniała obawa, że doczesne szczątki Świętego mogą zostać stracone na zawsze.

9 maja 1087 r. całe Bari zbiegło się do portu, aby przywitać okręt wiozący relikwie. Zgodnie z naturą miejscowej ludności fetowanie trwało kilka dni i powtarza się corocznie, tak w kościołach jak i na placach. Są nabożeństwa, procesje z figurą Świętego (również na łodziach), sztuczne ognie i objadanie się aż do bólu brzucha. 6 grudnia obchodzi się natomiast dzień narodzin św. Mikołaja dla nieba, lub jak kto woli jego śmierci. Niewielu Świętych ma swoje swoją uroczystość dwa razy w roku.

Mieszkańcy Bari zyskali sobie tymczasem miano złodziei. Pomimo tego, że od "sławetnego" rabunku minęło ponad tysiąc lat, pojawiają się ciągle żądania zwrotu relikwii, ostatnio ze strony tureckiego Kale-Demre. Święty Mikołaj najwyraźniej jednak zaakceptował nowe miejsce. W krypcie, gdzie papież Urban II osobiście złożył jego relikwie, pojawiła się bowiem ta sama płynna substancja jak w sarkofagu w Myrze. To co Grecy nazywali "eulogią", Włosi ochrzcili "manną", przez ewidentne skojarzenie z pokarmem, jakim Pan Bóg karmił na pustyni naród wybrany. Podczas większych uroczystości, celebrans, bądź jeden z dominikanów, pod których pieczą znajduje się obecnie bazylika, pobiera ją gumową sondą i rozdaje pielgrzymom.

Święty Mikołaj jest patronem dzieci, marynarzy i więźniów. W dawnej Rosji uważano go za strażnika bram niebieskich, podobnie jak św. Piotra w tradycji zachodniej. Dlatego zmarłemu wkładano do ręki list z prośbą do św. Mikołaja, żeby otworzył przed nim niebieskie podwoje.

Wykaz "podopiecznych" Świętego byłby niekompletny bez wspomnienia panien, mających trudności z zamążpójściem. Wiadomo, że ta kategoria jest zawsze liczna, zmieniają się tylko kryteria i przyczyny tzw. "staropanieństwa". Ale jeśli św. Mikołaj pomógł kiedyś zdesperowanemu ojcu w wydaniu trzech córek, można liczyć na jego pomoc również dzisiaj. Przyjęło się więc w Bari, że pierwsza Msza odpustowa odprawiana jest o godz. 5 rano w intencji wszystkich panien szukających kandydata na męża. Problem polega na tym, że kiedy wreszcie taki się znajdzie, zamiast ślubu rozkwita nieraz życie "na kocią łapę". - Żeby nie wiązać sobie rąk - tłumaczą się młodzi, bo przecież ksiądz wiąże stułą aż do śmierci, na dobre i na złe.

Okoliczności wylansowały jednocześnie św. Mikołaja na patrona ekumenizmu. Apulia, której stolicą jest Bari, została w starożytności skolonizowana przez Greków i do połowy X wieku stanowiła integralną część Bizancjum. Pod względem religijnym ludzie przynależeli tu od zarania chrześcijaństwa do Kościoła wschodniego czyli italo-greckiego bądź łacińskiego czyli rzymsko-katolickiego. Apulijskie bezludzia zamieszkiwały setki anachoretów; ci z kolei uznawali w swoim dążeniu do doskonałości jedynie zwierzchnictwo Ducha Świętego. Wszyscy żyli ze sobą tak zgodnie, że pojawiające się co pewien czas napięcia na linii Rzym - Konstantynapol nie były w stanie zakłócić tej harmonii. Nawet formalne zerwanie jedności pomiędzy Kościołem wschodnim i Kościołem rzymskim przeszło tu bez większego echa. Kiedy postanowiono wreszcie się dogadać, nie było lepszego miejsca na wspólne spotkanie niż Bari. W 1098 r. zjechali się więc do grobu św. Mikołaja biskupi obu zwaśnionych Kościołów, aby pod przewodnictwem papieża Urbana II wyjaśnić sporne kwestie. To był dobry początek. Dialog na płaszczyźnie intelektualnej kontynuuje obecnie Instytut Teologii Ekumenicznej prowadzony przez dominikanów.

Równie ważne są relacje międzyludzkie. Jest ku temu doskonała okazja, gdyż relikwie św. Mikołaja przyciągają rzesze wyznawców prawosławia. Od przeszło dwóch wieków, za wyjątkiem okresu komunizmu, dominują pielgrzymi z Rosji. W liturgii tamtejszej Cerkwi śpiewa się nawet troparion o translacji relikwii do Bargradu (ros. Bari). Pielgrzymi przyjeżdżają często całymi grupami, razem ze swoimi biskupami i księżmi. W mieście istnieje parafia prawosławna podlegająca bezpośrednio patriarsze moskiewskiemu, ale wszyscy chcą odprawiać Eucharystię przy grobie Świętego. W ten sposób, na tym samym ołtarzu sprawują Najświętszą Ofiarę raz katolicy, raz prawosławni. Na razie osobno, bo nie ma pełnej jedności, ale to i tak wielki krok do przodu we wzajemnych relacjach. Święty Mikołaj nie na darmo nazywany jest cudotwórcą.

K. N.