lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
GRUDZIEŃ 2006
nr 12/2006

Christianitas - Caritas

Wkrótce po raz kolejny wypadnie nam celebrować święta Bożego Narodzenia. Niosą one ze sobą wyjątkową prawdę o tym, jak Bóg solidaryzuje się z człowiekiem. Ta Jego solidarność wznosi się do wymiaru miłości. Rodząc się jako człowiek, Bóg dowiódł, że bardzo Mu na człowieku zależy. Narodziny Bożego Dzieciątka dokonały się w skandalicznych - żeby nie rzec- nieludzkich warunkach społecznych. Wszak przyszedł On na świat w stajni, wśród bydła. Upokorzył się nie tylko przez fakt uczłowieczenia się - przez to, że będąc ponad i poza czasem wszedł w ramy czasu i będąc Bogiem przyjął ludzką naturę - ale przez sam sposób realizacji swojego wcielenia. Dlaczego wybrał tę właśnie drogę..?

A przecież narodziny w Betlejem okazały się jedynie początkiem Jego pielgrzymki do człowieka - pielgrzymki znaczonej jakże często ludzkim niezrozumieniem, uporem, niewdzięcznością i sprzeciwem - której finałem stała się haniebna śmierć krzyżowa na Golgocie. Zaprawdę musiało bardzo Panu Bogu zależeć na człowieku. Wręcz do szaleństwa musiał kochać tego ziemskiego, niewdzięcznego stwora.

Dokonując aktu Wcielenia, czyli zstępując w ludzkiej naturze na ziemię, w tak poniżający dla siebie sposób, Bóg w Jezusie Chrystusie pochylił się głęboko nad człowiekiem. Możnaby rzec: uklęknął przy człowieku, aby go podźwignąć, uwznioślić, aby zbawić. Tylko prawdziwy i wszechmocny Bóg mógł być zdolny do takiego poświęcenia.

Zstępujący na ziemię Jezus Chrystus - Bóg i Człowiek w jednej osobie ("Ty łączysz w Boskiej Osobie dwie natury różne sobie") - przychodzi do cłowieka wolnego. Nie narzuca się, do niczego nie zmusza, ludzkiej wolności nie tłamsi. Prosi! Bóg prosi człowieka, aby ten przyjął zbawienie. Same okoliczności i miejsce Narodzenia zdają się zawierać w sobie błaganie Boga, aby człowiek Go zaakceptował, aby uznał, że Wcielony Bóg w Jezusie Chrystusie ofiaruje siebie samego dla zbawienia człowieczego. Człowiek ze swej strony powinien jedynie otworzyć się na nieprawdopodobną wręcz miłość Boga. Obejmuje ona wszystkich i każdego. Czyż można jej nie przyjąć? Czy wolno się na nią zamknąć?

Jakim człowiekiem trzeba być, aby odrzucić Boga ubezbronniającego się do poziomu Nowonarodzonego dziecka?

Paradoksalnie odpowiedź jest prosta. Wystarczy być wolnym. Tak jest, tylko wolny człowiek może zakuć siebie w kajdany grzechu; jedynie wolny może zamknąć się w klatce własnych nałogów i przyzwyczajeń; "niezbywalnym przywilejem" wolnego jest wejście na drogę gnicia w strupieszałej skorupie osobistych poglądów, mniemań i złudzeń; tylko wolny może zacząć dusić się własną ignorancją załganiem i głupotą; jedynie jego "niepodważalnym prawem" jest narkotyzowanie się stęchlizną własnego pseudointelektualizmu oraz moralnej impotencji. (Jak rzekł poeta: "tylko własna podłość ducha szyję wolnych zgina do łańcucha".)

I właśnie do wolnego człowieka apeluje Wszechmocna Miłość - Chrystus uniżający siebie do poziomu Dzieciątka. Jeśli wolny człowiek to odrzuca, jeśli krzywdzi Dzieciątko (a to bardzo łatwe), to co pozostaje?

Kto może czuć się bezpiecznie w świecie, w którym bezbronnego niczym niemowlę Boga można wyrzucić i zabić? Nikt, absolutnie nikt.

ks. Marek Czech