lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LISTOPAD 2006
nr 11/2006

Bułgarskie świętowanie

6 września 1885 r. nastąpiło zjednoczenie Księstwa Bułgarskiego ze Wschodnią Rumelią. Po wiekach niewoli tureckiej, powstawała nowa Bułgaria, a na pamiątkę tamtego wydarzenia ustanowiono święto. Jego centralne obchody odbywają się co roku w Płowdiwie, gdzie proklamowano akt zjednoczeniowy.

Początek września, to na Bałkanach jeszcze czas wakacyjny, pogoda letnia, szkoła zaczyna się dopiero w połowie miesiąca, ceny usług turystycznych robią się bardziej przystępne. Płowdiw jest w związku z tym pełen turystów, bo i ma wiele do zaoferowania jak przystało na drugie pod względem wielkości miasto Bułgarii. Każda epoka z jego 2400 letniej historii pozostawiła po sobie jakieś ślady. Badania archeologiczne wydobyły na światło dzienne antyczny amfiteatr i Forum Romanum. Obok wznoszą się bogato ornamentowane XIX wieczne kamieniczki oraz szare bloki z wielkiej płyty. Są cerkwie, meczety i łacińska katedra. Przed butikiem oferującym najnowsze kolekcje mody, mężczyzna w roboczym kombinezonie sprzedaje prosto z chodnika dorodne arbuzy. Czasami jakaś cygańska fura zaprzężona w chuderlawego konika z charakterystycznym czerwonym pomponem na czole zablokuje skrzyżowanie. Kierowcy trąbią, koń szarpie nerwowo na wszystkie strony, ale to ma swój naturalny urok.

Z okazji Święta Zjednoczenia magistrat organizuje szereg imprez kulturalno-rozrywkowych. Od czasu upadku komunizmu pojawił się dodatkowo wątek religijny. Oficjalne obchody zaczynają się w katolickiej katedrze pw. św. Ludwika. Biskup sofijsko-płowdiwski Georgi Jowczew osobiście udekorował fronton świątyni flagami Bułgarii i Watykanu. - To nic, że katolicy stanowią 1% mieszkańców kraju. Jesteśmy Bułgarami jak inni, dlatego uczczenie święta to nasz obowiązek - tłumaczy na wszelki wypadek.

Bułgarskie chrześcijaństwo oscylowało zawsze pomiędzy Rzymem i Konstantynopolem. Ostatecznie przeważyła tradycja bizantyjska w wydaniu prawosławnym. Tutejsza Cerkiew pomimo zależności od greckiego patriarchy w Fanarze, była w okresie niewoli osmańskiej strażnikiem narodowej tożsamości. To jednak katolicy z regionu Cziprowiec, zachęceni wiedeńską wiktorią króla Jana Sobieskiego powstali zbrojnie przeciwko Turkom. Ponieśli klęskę i za swój patriotyzm zapłacili niemal całkowitą eksterminacją. Gdyby nie tamten zryw katolicy byliby dzisiaj znacznie liczniejsi.

Prokatolickie sympatie mieli władcy zasiadający na bułgarskim tronie. W płowdiwskiej katedrze pochowana jest Maria Luiza Burbońska, pierwsza żona cara Ferdynanda, który próbował doprowadzić do unii tutejszego prawosławia z Rzymem. Jego zamiary pokrzyżował wybuch I wojny światowej, chociaż z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że były one mało realistyczne.

Niemal w całości katolicka jest rodzina byłego cara Symeona Sachsen-Coburga, stojącego do połowy 2005 r. na czele rządu. Kiedy jego najmłodsza córka Kalina zdecydowała się na zamążpójście, car-premier poprosił biskupa Jowczewa o przewodniczenie obrzędowi "wieńczanija" w obrządku łacińskim. W ramach "politycznej poprawności", nowożeńcy udali się następnie po błogosławieństwo do biskupa prawosławnego. W ten sposób wszyscy zostali usatysfakcjonowani.

Na Mszy za ojczyznę tłumów nie ma. Wierni zaledwie zapełnili ławki. W pierwszej siedzi prezydent miasta, po bułgarsku "kmet", co brzmi niemal jak nasz "kmieć" oraz radni. Kmet jest katolikiem i sprawuje swój urząd już drugą kadencję. Ktoś mógłby pomyśleć, że katolicy odgrywają znaczącą rolę w życiu publicznym. Nic podobnego. Za kilkoma wyjątkami są praktycznie niewidoczni.

Zupełnie inaczej było przed nadejściem komunizmu. Zakonnicy ze Zgromadzenia Asumpcjonistów prowadzili wówczas w Płowdiwie słynne na całą Bułgarię szkoły. Sponsorowane przez Paryż miały być promotorami kultury francuskiej ale w praktyce formowały inteligencję katolicką. Obecnie większość wiernych pracuje na roli. Od kilku lat wyjeżdżają zarobkowo do Grecji, Niemiec i Włoch. Z tego powodu parafie się wyludniają. A jak nie ma ludzi to i brakuje środków na akcje duszpasterskie, utrzymanie księży, czy remonty. Sytuację ratuje tylko fakt, że księża albo studiowali za granicą, gdyż katolicy nie mają w Bułgarii Wyższego Seminarium Duchownego, albo stamtąd pochodzą. Podobnie siostry zakonne. Dzięki temu, czasami nadejdzie jakaś pomoc z zewnątrz.

Biskup Jowczew wygłasza kazanie. Nie przypomina ono w niczym naszych podniosłych patriotycznych mów. Chodzi raczej o to, aby pokazać, że bułgarscy katolicy kochają swoją ojczyznę nie mniej niż prawosławni, czy muzułmanie. Nie jest to bowiem do dzisiaj oczywiste dla wszystkich.

W kanonie mszalnym biskup przywołuje 38 męczenników płowdiwskich, spalonych żywcem w 304 r. za wiarę chrześcijańską. Wymienia jeszcze trzech asumpcjonistów zamęczonych przez komunistyczny reżim. Jan Paweł II zaliczył ich w poczet błogosławionych właśnie tutaj w Płowdiwie, gdzie wypełniali swoje kapłańskie powołanie. Także w innych przypadkach domniemanego męczeństwa za wiarę toczą się już procesy beatyfikacyjne. Największy problem polega na tym, że ludzie dopiero teraz znajdują odwagę, żeby złożyć zeznania lub przekazać trybunałowi ukrywane latami dowody rzeczowe.

Sam biskup niechętnie opowiada o doznanych represjach. Jako młody proboszcz w wiosce Rakowski gromadził wokół siebie sporo młodzieży. Pewnego dnia przyszło na plebanię trzech policjantów po cywilu. "- My tu uczymy w szkole, że nie ma Boga, a ty nam przeszkadzasz - oznajmili gniewnym głosem i zaczęli okładać młodego księdza Jowczewa pięściami. - Na szczęście - mówi biskup - uprawiałem niegdyś boks i wiem, że umiejętność przyjmowania ciosów jest ważniejsza niż ich zadawanie. Wyszedłem z tego solidnie posiniaczony, ale dzięki Bogu żywy".

Druga część obchodów rocznicy zjednoczenia odbywa się w Soborze św. Bogurodzicy. Ruch tu większy niż w katedrze katolickiej: stołeczni i miejscowi notable, duchowieństwo, telewizja. Bułgaria jest krajem prawosławnym, jednakże Cerkiew przeszła w ostatnich kilkunastu latach bardzo ciężką próbę, która osłabiła jej prestiż. W 1992 roku grupa metropolitów i niższego duchowieństwa zakwestionowała legalność wyboru patriarchy Maksyma, utrzymując, że został on narzucony przez reżim Teodora Żiwkowa natomiast sama Cerkiew była całkowicie uległa wobec władz komunistycznych. Powstał alternatywny synod biskupów, który wybrał własnego patriarchę Pimena. Maksym niejeden raz doświadczył publicznej kontestacji, gwizdów, wyzwisk, zdarzyło się nawet, że obrzucono go pomidorami. Zawsze jednak deklarował się niewinny. W sukurs przyszedł mu dopiero rząd Symeona Sachsen-Coburga Goty. Najpierw uchwalona została nowa ustawa dotycząca związków religijnych, następnie na jej podstawie policja odebrała siłą świątynie i budynki kościelne znajdujące się w rękach duchowieństwa będącego w opozycji do Maksyma.

Również w Płowdiwie było ostatnimi laty dwóch metropolitów, dzisiaj pozostał jeden - Arsenij. Biskup Jowczew chwali go za otwartość. Mówi, że kiedy obchodził 25-lecie swoich święceń biskupich, metropolita Arsenij wygłosił z własnej inicjatywy kazanie na głównej uroczystości. W Świętym Synodzie nie wszyscy jednak podzielają jego ekumeniczne zaangażowanie.

Idziemy razem za ikonostas, żeby pozdrowić władykę. Jest bardzo rozmowny. Wspomina swoją podróż do Polski, liturgię w warszawskim Soborze Marii Magdaleny, wizytę na grobie ks. Jerzego Popiełuszki oraz w Klasztorze Jasnogórskim. Potem jeszcze kilka słów o Papieżu Janie Pawle II i Benedykcie XVI: - "Ten wasz nowy patriarcha to wielki teolog" - podkreśla z uznaniem. Przypomina mi się, że papież zrezygnował z tytułu "Patriarchy Zachodu" ale widocznie z tej strony nadal jest postrzegany w ten sposób. Metropolita mówi po bułgarsku, ja usiłuję wtrącić coś po rosyjsku. Rosja odegrała decydującą rolę w wyzwoleniu Bułgarów spod jarzma tureckiego. Te historyczne sympatie dawno już jednak wygasły. Doszło nawet do tego, że język Puszkina niektórych wręcz denerwuje. Metropolita Arsenij studiował teologię w Związku Radzieckim dlatego jestem spokojny, że zostanę dobrze przyjęty.

W międzyczasie dochodzą nowi księża i za ikonostasem robi się niemal tłoczno. W rzeczywistości liczba duchownych jest niewystarczająca, powołania także nieliczne. Młodych ludzi zniechęca często aspekt materialny, bo jak wiadomo poza mnichami, kler prawosławny jest żonaty. "- Pokutuje u nas powiedzenie: najadłem się jak dziecko popa na Zaduszki" - mówi jeden z księży. - Wiadomo: wypominki, nabożeństwa za Zmarłych itd.. Tymczasem mit o dobrobycie kleru nie ma w sobie krzty prawdy. Ludzie dają na Mszę najwyżej 5 lew (10 zł). Jeśli dołożyć do tego inne datki to i tak trudno utrzymać się z rodziną. Nic dziwnego, że duchowni prawosławni dorabiają czasami gdzie indziej, choćby jako taksówkarze.

Rozpoczyna się moleben w intencji ojczyzny. Razem z biskupem Jowczewem stoimy w pierwszym rzędzie obok przedstawicieli władzy. Atmosfera przypomina jako żywo Mszę Świętą w katedrze rzymskokatolickiej: patriotyczne kazanie, modlitwy (tym razem za "prawosławny bułgarski naród"), na koniec życzenia. Metropolita Arsenij raz jeszcze dziękuje każdemu z osobna za przybycie. "- Do spotkania za rok, już w Unii Europejskiej" - mówi patetycznie jeden z notabli.

Tu w Bułgarii wszyscy czekają na ten moment z niecierpliwością, trochę inaczej niż przed dwoma laty w Polsce. Mają z pewnością mniej do stracenia. W posagu wniosą do Unii wybrzeże Morza Czarnego, rozparcelowane od dawna pomiędzy zachodnich potentatów turystycznego biznesu, malownicze Rodopy i Dolinę Róż. Wniosą także własną kulturę oraz duchowość, lecz to akurat nie interesuje za bardzo Europy. Dla niej będą jeszcze długo "Kopciuszkiem" podobnie jak inne kraje dawnego Bloku Wschodniego.

Tymczasem Bułgaria przypomina róże uprawiane na olejek, mający później zastosowanie w wielu dziedzinach. Dolina Róż leżąca niezbyt daleko od Płowdiwu pokrywa się wiosną milionami tych kwiatów. Są drobne, nietrwałe, o jednolitym kolorze. Zbiera się je wczesnym rankiem, zanim rozwiną pąki. Róże hodowane dla ozdoby lub na kwiaty cięte są bez wątpienia piękniejsze, ale często nie mają nawet zapachu i nie da się z nich zrobić aromatycznego olejku.

K. N.