lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
PAŹDZIERNIK 2006
nr 10/2006

Śladami ewangelicznego Łazarza

Łazarz nie miał łatwego życia od chwili gdy Chrystus wskrzesił go z martwych. Był bowiem niepodważalnym dowodem nadprzyrodzonych mocy Mistrza z Nazaretu. Nawet najbardziej wygadani żydowscy kapłani rozkładali bezradnie ręce. Sanhedryn postanowił więc go zgładzić. Skoro tylko "uporano się" z Chrystusem, przyszła kolej na Łazarza. Najpierw dotkliwie go obito, po czym wsadzono na dziurawą łódkę i wypchnięto w morze. Lecz Opatrzność Boża, która wschodzi wcześniej od słońca nie pozwoliła mu zginąć. Po jakimś czasie, niesiona falami łódka przybiła do portu w Larnace. To cypryjskie miasto nazywane w starożytności Kition leży w południowo-wschodniej części wyspy i znane jest szerzej dzięki pochodzącemu stąd twórcy stoicyzmu Zenonowi. Kiedy w 45 r. Apostołowie Paweł i Barnaba przybyli na Cypr, żeby głosić Ewangelię, mieli wyświęcić Łazarza na pierwszego biskupa Larnaki. Po śmierci pochowano go w katakumbach, dokładnie w miejscu, gdzie obecnie wznosi się kościół Ayios Lazaros czyli św. Łazarza. Został on wybudowany około 890 r. przez cesarza Leona VI jako rekompensata za relikwie przyjaciela Chrystusa, które władca zabrał do Konstantynopola. Za sprawą Krzyżowców znalazły się one ostatecznie w Marsylii. Tak przynajmniej podaje książeczka dostępna w przykościelnym sklepiku.Z kolei Marsylczycy pielęgnują legendę o pobycie Łazarza w ich mieście, odrzucając zdecydowanie posądzenia o rabunek świętych szczątków. Dla ludzi nawiedzających wiekową świątynię w Larnace, te "rozbieżności" nie mają większego znaczenia. Schodzą pobożnie do podziemi, gdzie znajduje się kilka pustych średniowiecznych sarkofagów. Nieraz wrzucają do nich kartki z modlitwami lub zostawiają ulepione z wosku wota. Jedne mają formę człowieka niczym dziecięce lalki, inne wyobrażają twarz, ręce, nogi...., zależy kto za co dziękuje bądź o co prosi.

Licząca 75 tys. mieszkańców Larnaka, to jednak przede wszystkim ciągnące się kilometrami piaszczyste plaże z równoległą do nich siecią hoteli, barów i restauracji. Szczyt sezonu przypada od czerwca do sierpnia. Wtedy wszystko wypełnione jest do ostatniego miejsca. Przeważają Brytyjczycy, Szwedzi i Rosjanie (sic!). Na początku lat 90. pojawili się tutaj rosyjscy biznesmeni z walizami wypełnionymi gotówką. Wykupili co się tylko dało i dzisiaj mają swoją "wakacyjną republikę". Pełno jest także Polaków, tylko że oni są od ciężkiej pracy, wykonywanej często w niewolniczych warunkach.

Tegoroczne lato w Larnace różniło się nieco od poprzednich. Nie chodzi tu bynajmniej o pogodę, bo termometry wskazywały jak zawsze około 36°C. Nowa sytuacja miała związek z wojną w Libanie. Zaraz po jej wybuchu, rozpoczęła się ewakuacja przebywających tam obywateli innych krajów. Ponieważ lotniska i naziemne szlaki komunikacyjne były od samego początku obiektem ataków lotnictwa izraelskiego, odbywała się ona głównie drogą morską na Cypr, a stąd samolotami do krajów docelowych. W ten sposób, przewinęło się przez wyspę ponad 40 tysięcy uchodźców. Pasażersko-handlowy port w Larnace nigdy nie odgrywał znaczącej roli, lecz w tych lipcowych dniach pracował dniem i nocą, przyjmując statki wypełnione uciekinierami. Na redzie zacumowały brytyjskie okręty wojenne, w mieście pojawili się francuscy żołnierze w śmiesznych krótkich spodenkach oraz siły pokojowe ONZ. Malutka Republika Cypru stanęła przed wielkim wyzwaniem. Uchodźcom trzeba było udzielić pierwszej pomocy i zapewnić dalszy transport. Wśród ewakuowanych byli również Libańczycy, którzy poprosili o możliwość pozostania na wyspie do końca konfliktu. W oczekiwaniu na rozwój wypadków zorganizowano dla nich specjalne obozy.

Ta sytuacja zbiegła się z moją od dawna zaplanowaną wyprawą na Cypr. W miarę jak dochodziły wiadomości o napływających tam uchodźcach, zadzwoniłem do ks. Georga Khoury z maronickiej Kurii biskupiej w Nikozji, który po starej rzymskiej znajomości zaoferował mi swoją pomoc, pytając się czy nie lepiej będzie przełożyć podróż. Ten zaraz mnie uspokoił - ależ nie, proszę przyjeżdżać. Gdyby wszyscy turyści myśleli w ten sposób, stracilibyśmy połowę dochodu narodowego. Nie powiedział tylko, że jako sekretarz Caritasu zajmuje się właśnie uchodźcami i nie ma zbyt wiele czasu.

Różne Kościoły, szczególnie prawosławny, maronicki i ormiański, włączyły się w akcję humanitarną prowadzoną przez państwo. Dla maronitów to swoista retrospekcja, gdyż ich cypryjska wspólnota wywodzi się z uchodźców. Kościół maronicki, jeden z 22 katolickich Kościołów wschodnich, powstał w Syrii dzięki ewangelizacji eremity św. Marona i jego uczniów. Kiedy w VIII wieku nasiliły się prześladowania ze strony muzułmańskich Arabów, a także nieporozumienia pomiędzy chrześcijanami, maronici zaczęli chronić się w Górach Libanu oraz na Cyprze. Tę śródziemnomorską wyspę kupił w 1192 r. ostatni łaciński król Jerozolimy Gwidon Lusignan. Pokonany przez Saladyna, odtworzył tu utracone w Ziemi Świętej królestwo. W Nikozji i Famaguście wybudowano olbrzymie gotyckie katedry. W pierwszej z nich odbywały się koronacje na króla Cypru, w drugiej na króla jerozolimskiego. Podczas wypraw krzyżowych u boku zachodniego rycerstwa walczyli libańscy maronici. W miarę jak szala zwycięstwa przechylała się na stronę muzułmanów, władcy z dynastii Lusignan otworzyli przed nimi wrota Cypru. Równie życzliwi byli im Wenecjanie, panujący tu w późniejszym okresie. Powstało w ten sposób 60 wiosek maronickich, przez co przybysze z Libanu stali się drugą po prawosławnych Grekach grupą etniczno-religijną. Oczywiście tylko pod względem liczbowym, bo we wszystkich innych dziedzinach dominowali łacinnicy. W 1316 r. patriarcha maronicki ustanowił dla tutejszej wspólnoty biskupa. Maronici czuli się na wyspie jak u siebie w domu. Sięgające niemal 2000 metrów Góry Tróödhos przypominają pod wieloma względami masyw Libanu, na nadmorskich nizinach uprawia się drzewa cytrusowe, są tutaj nawet cedry.

Fortuna jednak kołem się toczy. Chociaż Wenecjanie uczynili z Cypru jedną wielką warowną twierdzę, nie zdołali sprostać potędze militarnej Imperium Osmańskiego. Od 1573 r. objęło ono niepodzielnie panowanie w tym regionie Morza Śródziemnego. Turcy nie mieli zaufania ani do maronitów ani do łacinników, uważanych za agenturę zachodniej cywilizacji. Większość katolickich kościołów zamieniono więc wkrótce na meczety bądź cerkwie, oddając administrację w ręce Greków, naturalnie pod kontrolą dworu w Stambule. Biskup maronicki przeniósł się do Libanu i stamtąd kierował diecezją. Cypr odwiedzał tylko sporadycznie. Na ikonie św. Antoniego Pustelnika przechowywanej w muzeum diecezjalnym, widoczne są adnotacje po arabsku jakie przy okazji wizyty robili poszczególni biskupi. Brak swobody religijnej szedł w parze z uciskiem fiskalnym. Z tego powodu katolicy emigrowali stopniowo na Zachód w poszukiwaniu lepszego życia. Na Cyprze, konkretnie w jego północnej części, pozostały tylko cztery wioski maronickie Kormakitis, Karpashia, Assomatos i Ayia Marina.

Gdy w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia zaogniły się dramatycznie stosunki pomiędzy społecznościami grecką i turecką, maronici, chociaż nieliczni, bo cóż to jest 7000 osób, stali się przysłowiowym "języczkiem u wagi". Opowiadano wówczas taką historię. Pan Bóg zapytał się prezydenta Cypru arcybiskupa Makariosa III o jego największe pragnienie. - O Panie zabierz stąd czym prędzej Turków - wyrecytował bez wahania duchowny. To samo pytanie skierowane zostało do wiceprezydenta Fazila Küçüka, reprezentującego interesy społeczności tureckiej. Ten również nie miał żadnych wątpliwości: - Allach, proszę Cię, zabierz stąd tych Greków. Pan Bóg zapytał się jeszcze o to samo arcybiskupa maronickiego. Maronici używają w liturgii języka aramejskiego, jakim mówił Pan Jezus, stąd cieszą się podobno w Niebie szczególnym uznaniem. Arcybiskup tylko zatarł ręce i odpowiedział - Panie Boże wysłuchaj Makariosa i Küçüka, wtedy będziemy mieli pokój. To jedynie dykteryjka, bo jak wiadomo latem 1974 r. wojsko tureckie zajęło północną część wyspy, dokładnie 37% jej terytorium. Z powodu represjonowania chrześcijan przez nowe władze, większość prawosławnych i maronitów uciekła na południe kraju, pozostawiając dorobek całego życia.

Poza kościołem, maronici rozmawiają ze sobą po grecku. Sporo świąt, w tym Wielkanoc i Boże Narodzenie obchodzą razem z prawosławnymi, podobnie zresztą jak i łacinnicy. Czy jednak może być inaczej jeśli małżeństwa mieszane stanowią absolutną większość, a kalendarz państwowy jest ściśle zsynchronizowany z kalendarzem prawosławnym ? Duchowni narzekają, że młodzi maronici kryją się nieraz ze swoją przynależnością religijną. Bierze się to stąd, że katolikom trudno jest zrobić karierę urzędniczą bądź wojskową.

W głębi serca maronici czują się jednak przede wszystkim Libańczykami. Najlepszym tego dowodem są czerwono-biało-czerwone flagi z zielonym cedrem i zdjęcia patriarchy, jakie można zobaczyć niemal w każdym domu. Sporą popularnością cieszą się również pielgrzymki do sanktuarium maryjnego w Harrisie.

W momencie wybuchu konfliktu zbrojnego pomiędzy Izraelem i Hezbollahem, arcybiskup maronicki Cypru Boutros Gemeyel przebywał na wakacjach w Libanie. Miał prawo w jednej chwili wrócić w zacisze swojej rezydencji w willowej dzielnicy Nikozji. Czy można jednak opuścić najbliższych, gdy ci znajdują się w ciągłym zagrożeniu życia, gdy brakuje im wody, lekarstw, nie mówiąc już o prądzie, czy benzynie do samochodu ? Podobną postawę przyjął zwierzchnik Kościoła maronickiego Patriarcha Nashrallah Sfeir. Przerwał natychmiast podróż po Stanach Zjednoczonych, przyleciał na Cypr, a stąd helikopterem brytyjskich sił powietrznych udał się do Bejrutu. Pasterz w obliczu niebezpieczeństwa musi być razem z wiernymi i ten 86 letni starzec dobrze zrozumiał Chrystusową przypowieść o owczarni.

Tymczasem "Caritas Cyprus" zajęła się uchodźcami z Libanu. Cypryjczycy mają szczególną wrażliwość na ludzkie nieszczęście. Co piąty jest przecież uciekinierem z tureckiej części wyspy. Pomagali już zresztą maronickim emigrantom podczas libańskiej wojny domowej. Nie zawiedli i tym razem. Udało się zgromadzić sporą ilość środków higienicznych, odżywek dla dzieci, pieluch i ubrań. W akcję pomocy humanitarnej zaangażowali się liczni wolontariusze.

- Jak każda Caritas diecezjalna realizujemy w ciągu roku różne projekty - mówi ks. Khoury. - Ta sytuacja jest jednak pod każdym względem wyjątkowa.

Wielu ludzi wydostało się z wojennego piekła dosłownie w jednej koszuli. Niektórzy potrzebują interwencji lekarskiej z powodu odniesionych ran. Chociaż obecnie wszyscy są już bezpieczni, gniew miesza się z rozpaczą i niepewnością o losy najbliższych. Na ten stan ducha trudno jest znaleźć remedium.

Nieco spokojniej reagują cypryjscy maronici. Któregoś wieczoru odwiedzam jedną z rodzin w Larnace. Częstują arbuzem i lekko podsuszonym kozim serem. To podobno najlepsze na upały. - Może z tego nieszczęścia wyjdzie dobro - mówi któryś z domowników. - Może uda się rozbroić Hezbollah i wreszcie będziemy prawdziwymi gospodarzami w Libanie. - Na jak długo ?- powątpiewa ktoś z boku. - Od wojny domowej, która miała w tle konflikt izraelsko-palestyński minęło zaledwie kilkanaście lat.

Teraz, kiedy na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ ustały działania wojenne, obozy uchodźców libańskich na Cyprze powoli pustoszeją. Część z nich pozostanie tu jednak już na zawsze, bo nie mają do czego wracać. Zupełnie jak ewangeliczny Łazarz, który z przypadku stał się Cypryjczykiem.

K. N.