lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
PAŹDZIERNIK 2006
nr 10/2006

Była inna niż wszystkie, a jednak taka zwyczajna

Październik jest miesiącem obfitującym we wspomnienia znanych nam wielkich świętych. Spośród nich najbliższą naszym sercom jest najpewniej św. Faustyna Kowalska.

Postrzegamy ją często jako istotę prawie nadziemską, całkowicie odmienną od nas "szarych" ludzi - wszak spotykała się jeszcze tu na ziemi z Synem Bożym twarzą w twarz. Poznając ją jednak bliżej okazuje się, że była ona zwyczajna, taka jak każdy z nas.

Urodziła się na zwyczajnej polskiej wsi (Głogowiec, woj. łódzkie), w zwyczajnej rodzinie (nawet nazwisko typowo polskie). Nie bała się żadnej, wydawałoby się przyziemnej pracy, jak pasienie krów, praca na roli czy pomoc matce w gospodarstwie domowym. Jako szesnastoletnia dziewczyna, aby odciążyć rodziców, poszła pracować jako służąca. U swoich pracodawców także zajmowała się zwykłymi obowiązkami domowymi i opieką nad dziećmi.

Jedna z jej pracodawczyń, p. Sadowska, tak ją opisuje: Była zgodliwa i śmieszka. Wieczór, jak siadła na stołku, troje moich dzieci zaraz koło niej się zebrało. Lubiły ją, bo im opowiadała bajki i tak się śmiała, a one z nią. Jak z domu wyjechałam, to byłam spokojna, bo ona w domu zrobiła lepiej niż ja1. Ale to wesołe i żywiołowe usposobienie sprawiało s. Faustynie na początku życia zakonnego trochę trudności. Po wstąpieniu do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia zwierzyła się ostatniej ze swoich pracodawczyń, p. Lipszycowej, która relacjonuje, że Helenka Kowalska powiedziała iż: nie czuje się tu dobrze i nie wie, czy wytrzyma w zgromadzeniu, musi bowiem hamować swój temperament, mówić cicho i ma z tym wiele trudności. Jednak z łaską Bożą potrafiła sobie poradzić z dostosowaniem swojego usposobienia do wymagań ówczesnego życia zakonnego. Pozostała nadal wesoła i otwarta na wszystkich osobą. Upust swojej żywiołowości dawała w sposób niekolidujący z regułą zakonną, szczególnie na rekreacjach z siostrami. Współsiostry tak o niej świadczyły: Była pełna pogody i radości; uśmiech na jej ustach był prawie zawsze [...] na rekreacjach była najweselsza.

W zakonie przypadły jej w udziale bardzo zwyczajne zajęcia, jak gotowanie, uprawianie ogrodu, praca w piekarni i sklepie, praca na furcie. Ona jednak przemieniała je w coś nadzwyczajnego. Jedna z sióstr wspomina: Pamiętam, że s. Faustyna jeszcze jako nowicjuszka pracowała w kuchni. Była bardzo dokładna w pracy. Dbała o czystość, zwracała uwagę jak należy przyrządzać potrawy, by były smaczne. Mówiła, że powinniśmy gotować, jakby na przyjęcie miał przyjść Pan Jezus albo biskup. Nie wstydziła się żadnej pracy. Nawet gdy jeden z dostojników kościelnych zastał ją przy rozrzucaniu nawozu, nie speszyła się, ale dalej spokojnie wykonywała swoja pracę. Wszystkie swoje zajęcia przepajała modlitwą. Jedna z wychowanek mieszkająca w zakładzie prowadzonym przez siostry zauważyła, że s. Faustyna nieraz w jednej ręce trzymała różaniec, a drugą wyrywała chwasty na grządkach.

Sama natomiast Święta tak pisze o swoim sposobie przeżywania zwyczajnych dni i obowiązków: Dni pracy i szarzyzny, wcale nie jesteście mi takie szare, bo każdy moment przynosi mi nowe łaski i możność czynienia dobrze.

Siostra Faustyna o wszystkich swoich sprawach mówiła Jezusowi. Żadne z zajęć nie wydawało się jej tak mało znaczące, by lękać się o tym rozmawiać ze swoim Oblubieńcem. Z czymkolwiek miała problem, szła od razu zapytać się o radę swojego Mistrza. Gdy jednego razu przywieziono do klasztoru dużą ilość mięsa, która trzeba było zabezpieczyć przed zepsuciem nie mając do dyspozycji w tamtych czasach lodówki, to pierwsze co zrobiła s. Faustyna, to poszła do kaplicy zapytać o radę Jezusa. Wróciła z kaplicy rozpromieniona i z zapałem wzięła się do pracy, już wiedząc co ma czynić.

Jezusowi mówiła o wszystkim, a szczególnie o sytuacjach, które sprawiały jej ból i cierpienie. Nikomu innemu się nie skarżyła, wobec innych była pogodna, jakby nic ją nie dotykało, jakby była odporna na wszelkie przykrości. Jednak była ona bardzo wrażliwa, ale swoje żale i łzy wylewała jedynie przed Jezusem.

Siostrę Faustynę dotyczyły sprawy podobne do naszych. Zwyczajna szara codzienność. Ale ona będąc zwyczajną, dostępną dla każdego, taką prostą, jednocześnie była inna, nadzwyczajna. Siostry tak o niej mówiły: To można było wyczuć, że była jakaś inna niż wszystkie siostry. A to co ją odróżniało, to właśnie była wierność, punktualność, dokładność we wszystkim co robiła, nie dla przypodobania się przełożonym. Obojętnie czy ktoś ją widział lub nie, zawsze była wierna swoim obowiązkom. Natomiast inna z sióstr wspomina: Jedna ze starszych sióstr powiedziała do nas: przyszła tutaj taka młoda, ale nadzwyczajna siostra. Musimy się pilnować, żeby jej nie dać zgorszenia. Ta nadzwyczajność szczególnie była widoczna podczas modlitwy w kaplicy, gdyż s. Faustyna była zawsze niezwykle skupiona po prostu zatopiona w modlitwie. Klęczała zawsze prosto, a często nawet bez opierania się o klęcznik. Jej modlitwa była modlitwą myślną. Z książeczki czy Pisma św. mało się modliła. Ale także w jej stosunku do innych siostry widziały jej wyjątkowość: W stosunku do ludzi sobie niechętnych nie żywiła uczuć nieprzyjaznych, traktowała tych swoich 'nieprzyjaciół' na równi z innymi... pomagając w różnych potrzebach. Nie były to może wielkie rzeczy, ale zwyczajne i stałe świadczenie drugim różnych usług.

Pomimo, że była siostrą niewykształconą i przeznaczoną tylko do prac fizycznych, miała dar przenikania ludzkich serc i potrafiła każdemu poradzić w sprawach duchowych. Wiele sióstr miało do niej zaufanie. Ks. Sopoćko tak wspominał: Wiem ... że współsiostry nawet z pierwszego chóru zwracały się do niej nieraz o radę w sprawach duchowych i zawsze otrzymywały roztropną odpowiedź. Również wiem...że siostry zwracały się do niej w różnych sprawach przykrych, w smutkach, o radę i pociechę, i zawsze taką pociechę otrzymywały. Jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że s. Faustyna skończywszy jedynie trzy klasy szkoły podstawowej zadziwiała swoją wiedzą i mądrością uczonych teologów. Jedna z sióstr opisywała takie wydarzenie: Pewnego razu rozmawiali o jakichś zagadnieniach teologicznych w rozmównicy klasztornej w Wilnie trzej kapłani: ksiądz kapelan Siedlecki, ksiądz Sopoćko i o. Dąbrowski TJ. Dla rozwiązania pewnej trudności teologicznej któryś z kapłanów zaproponował, by poprosić s. Faustynę i zapytać ją o zdanie. S. Antonina zawołała s. Faustynę, a ta w prostych słowach powiedziała swoje zdanie na zadany jej temat.

Są to tylko niektóre cechy s. Faustyny i nie przedstawiają wyczerpująco jej obrazu. Opisałam tu tylko to co mnie tak szczególnie uderzyło przy czytaniu jej życiorysu i świadectw ludzi, którzy znali ją osobiście. Nie zagłębiałam się tu w jej wnętrze, ale skupiłam się na tym jak była spostrzegana od zewnątrz. Lubię u Świętych szukać ich takich zwyczajnych cech, czy nawet słabości, z którymi musieli się borykać, bo wtedy stają się mi bliżsi i bardziej dostępni. Taka jest właśnie św. Faustyna, bliska i dostępna dla każdego.

s. Estera Rudź, ZSJM

1 Wszystkie informacje i wypowiedzi zamieszczone w tym artykule zaczerpnęłam z książki: M. Tarnawska, Siostra Faustyna Kowalska, życie i posłannictwo, Kraków 1986.