lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
WRZESIEŃ 2006
nr 9/2006

Etiopscy mieszkańcy Watykanu

Brama po lewej stronie Bazyliki św. Piotra, nazywana jest powszechnie "Arco delle campane", czyli "Łuk dzwonów". Tłoczno tu każdego dnia. Jedni po zwiedzeniu Bazyliki wychodzą na plac, inni zatrzymali się vis à vis bramy i celują aparatami fotograficznymi w strzegących jej żołnierzy. Z powodu zagrożenia terrorystycznego kontrola jest od pewnego czasu zaostrzona, ale bywają wyjątki. Dwóch afrykańskich księży, nie zwalniając kroku mija właśnie posterunek. Tariku i Paulos są mieszkańcami Papieskiego Kolegium Etiopskiego. Przechodzą tędy kilka razy dziennie, zdarza się nawet, że grają ze Szwajcarami w piłkę nożną lub tenisa. Stąd to ulgowe traktowanie.

Teraz idą wzdłuż murów św. Piotra. Latem można tu znaleźć trochę cienia, a kiedy pada osłonę przed deszczem. Początkowo posuwają się nieco pod prąd, bo od chwili pogrzebu Papieża Jana Pawła II skierowano tędy ruch pielgrzymów odwiedzających Jego grób.

Chwilę później obaj księża są już naprzeciw fasady barokowego kościoła, sąsiadującego z absydą piotrowej Bazyliki. Około 593 r. papież św. Grzegorz Wielki, wzniósł w tym miejscu świątynię i klasztor po którym nie ma dzisiaj śladu. Kościół natomiast wielokrotnie przebudowywano zgodnie z gustami kolejnych epok. Ponieważ czas robi swoje, znajduje się on kilka metrów poniżej aktualnego poziomu miasta, jak gdyby wciśnięty w ziemię przez tajemniczą siłę.

Oficjalny tytuł świątyni brzmi: santo Stefano degli Abissini, to znaczy św. Szczepana Abisyńczyków vel Etiopczyków jak powiedziałoby się dzisiaj. Księża robią głęboki skłon, poczym żegnają się pobożnie znakiem krzyża. Najpierw z góry do dołu, na pamiątkę zstąpienia Chrystusa na ziemię, następnie z lewa na prawo, bo Zbawiciel wyprowadza nas z ciemności grzechu i błędu do życia w cnocie. Tak przynajmniej naucza etiopska tradycja.

Dzięki papieżowi Sykstusowi IV, który w 1481 r. przeznaczył kościół oraz przylegające doń zabudowania dla pielgrzymów z Etiopii, kultywowano ją tutaj niemal przez pięć wieków. Jest to o tyle ciekawe, że pierwsi przybysze nie byli katolikami.

Historia Kościoła etiopskiego rozpoczyna się tradycyjnie od nawrócenia ministra skarbu królowej Kandaki, który został ochrzczony przez diakona Filipa. W rzeczywistości chrześcijaństwo rozpowszechniło się dzięki św. Frumencjuszowi. Opatrzność chciała, że ten Syryjczyk uratowany z zatopionego przez burzę okrętu razem ze swoim bratem Edeziuszem, zrobił zawrotną karierę na dworze królewskim w Axum. Nie poprzestał jednak na powiększaniu swojej fortuny, lecz jako gorliwy chrześcijanin troszczył się o potrzeby religijne podobnych sobie przybyszy z Imperium Rzymskiego. Gdzieś około 340 r. udał się do Aleksandrii, aby opowiedzieć o wszystkim patriarsze. Jak bardzo musiał być zaskoczony, kiedy urzędujący tam wówczas św. Atanazy udzielił mu święceń biskupich i odesłał z powrotem do Axum. Od tej pory losy Kościoła etiopskiego, nazywanego obecnie "ortodoksyjnym", pozostaną złączone z patriarchatem koptyjskim. Wspólnie z nim odrzuci on doktrynę Soboru Chalcedońskiego dotyczącą natur Chrystusa, z Aleksandrii będzie otrzymywał również biskupów i to praktycznie do 1950 r., kiedy za obopólną zgodą stanie na jego czele rodowity Etiopczyk abuna Bazyli, wyniesiony 9 lat później do godności patriarszej.

Delegaci starożytnego Kościoła etiopskiego uczestniczyli na zaproszenie papieża w Soborze Florenckim, lecz okazał się on epizodem bez większego znaczenia w relacjach z Rzymem. O wiele ważniejsze były pielgrzymki mnichów etiopskich do miejsc świętych. Stanowili oni prawdziwą elitę religijno-intelektualną w swojej ojczyźnie, dźwigając jednocześnie ciężar ewangelizacji w całym regionie.

Droga pielgrzymki wiodła najpierw do Ziemi Świętej, gdzie Etiopczycy posiadali własny klasztor przy bazylice Grobu Pańskiego. Dalej do Rzymu, aby uczcić św.św. Apostołów Piotra i Pawła, a następnie do relikwii św. Jakuba w Santiago de Compostella. Mnisi przedstawiali się czasami jako potomkowie jednego z Trzech Królów, innym znów razem rzymscy kurialiści klasyfikowali ich jako dominikanów, franciszkanów bądź benedyktynów, w myśl zasady, że każdy duchowny musi gdzieś należeć: quemlibet clericum oportet esse incardinatum.... W Wiecznym Mieście przyjmowano Etiopczyków zawsze bardzo gościnnie. Może dlatego niektórzy zostawali tu aż do śmierci. Wspólnota żyjąca przy kościele św. Szczepana liczyła w pewnych momentach nawet 30 mnichów.

Jeden z nich, niejaki Johannes Francescos Aferio, napisał w liście do ojczyzny: "Najświętszy papież nie tylko nakazał abyśmy otrzymywali niezbędne rzeczy do sprawowania Mszy św. w naszym kościele, ale również to co dotyczy naszego utrzymania. W ten sposób każdego roku, dostajemy wszyscy z polecenia najświętszego papieża nowe odzienie".

Dzisiaj niewiele się zmieniło. Etiopia i Erytrea skąd pochodzą studenci, należą do najbiedniejszych krajów na świecie. Któż nie słyszał o dotkliwej suszy jaka od lat wyniszcza ten region albo o bratobójczej wojnie pomiędzy dwoma krajami? Zrozumiałe więc, że mieszkańcom kolegium trzeba zapewnić praktycznie wszystko, począwszy od gruntownej kuracji zdrowotnej.

Tariku i Paulos należą do katolickiego Kościoła etiopskiego obrządku wschodniego. Katolicyzm pojawił się w Etiopii wraz z Portugalczykami, którzy w pierwszej połowie XVI w. udzielili pomocy militarnej miejscowym władcom, dzięki czemu kraj wyszedł obronną ręką z inwazji muzułmańskiej.

Apostolat katolicki rozwinął się jednak na dobre dopiero trzy wieki później. Jego głównymi protagonistami byli pracujący wśród plemion pogańskich ojciec Giuseppe Sapeto, błogosławiony Giustino de Jacobis i kardynał Gugliemo Massaia. W związku z tym papież Benedykt XV przekształcił hospicjum przy Santo Stefano degli Abissini w Kolegium Etiopskie. Jego zadaniem miało być przygotowanie księży katolickich obrządku wschodniego. Tymczasem, na fali kolonialnych zapędów Italii, rozwijały się struktury kościelne.

Stolica Apostolska nie dała się na szczęście wciągnąć w imperialistyczną politykę Mussoliniego. Kiedy po podbiciu przez niego Etiopii jeden z rzymskich dzienników napisał, że kolegium powinno zmienić nazwę i zająć się kształceniem kapłanów dla całej Afryki Wschodniej, L’Osservatore Romano zdecydowanie odrzuciło te sugestie.

Ponieważ zagrzybiony i przesiąknięty wilgocią budynek nie był najlepszym miejscem dla młodych księży, papież Pius XI erygował nową siedzibę kolegium w ogrodach watykańskich.

Jeden z kurialistów usiłował przekonać Ojca Świętego do zmiany decyzji - Dlaczego właśnie oni? Jest przecież tyle zasłużonych katolickich narodów. - Bo czarne pasuje do białego - odpowiedział mu dosadnie Pius XI, robiąc aluzję do koloru skóry studentów i swojej sutanny. Pomysł przeniesienia kolegium w inne miejsce pojawił się ponownie podczas pontyfikatu Jana Pawła II, lecz i On był za pozostawieniem go w Watykanie.

Rzecz jest doprawdy bez precedensu jeśli weźmie się pod uwagę liczbę katolików w Etiopii i Erytrei: 210 tys. wiernych obrządku wschodniego i 470 tys. łacinników wobec przeszło 30 milionów ortodoksów, do których dochodzą ustępujący im nieco liczbowo wyznawcy islamu i półtora miliona protestantów.

Aby dotrzeć do celu, Tariku i Paulos muszą zrobić jeszcze kawałek drogi, w dodatku pod górę. Mijają Pałac Trybunału, garaże, stację kolejową przekształconą w centrum handlowe, Gubernatorat. Teraz parę kroków ogrodową aleją i wreszcie są w domu.

Dwupiętrowy pałacyk w stylu romańsko-rzymskim ma kształt podkowy. Wokół rosną modrzewie, sosny, dęby, ozdobne krzewy. Przez gęstwinę zieleni po drugiej stronie drogi prześwitują przekaźniki Radia Watykańskiego. W dobie emitowania programów metodą cyfrową nie zagrażają one na szczęście zdrowiu, o czym najlepiej świadczy harmider żyjących tu ptaków.

W centralnej części kolegium znajduje się kaplica urządzona zgodnie z wymogami rytu aleksandryjsko-etiopskiego. Orientowana na wschód, zamiast bogatego ikonostasu jaki można zobaczyć w cerkwiach wschodniej Europy, posiada prostą przegrodę ołtarzową z trzema wejściami, oddzielającą prezbiterium od reszty świątyni. Ikony Chrystusa, Bogurodzicy, oraz świętych, którzy wpisali się w dzieje etiopskiego katolicyzmu dopełniają skromnego wystroju wnętrza.

W liturgii etiopskiej zachowały się pewne zwyczaje starotestamentalne. Tradycja wiąże je z przedchrześcijańskim władcą Menelikiem, synem królowej Saby oraz króla Salomona, który miał zabrać z Jerozolimy Arkę Przymierza. Obok "judaików" są także zwyczaje typowe dla czarnej Afryki. W efekcie tego pierwotna liturgia przejęta z Aleksandrii nabrała wyjątkowego charakteru. Żywiołowość celebransów postukujących rytmicznie charakterystycznymi laskami, bądź tańczących przy ołtarzu razem z całym zgromadzeniem, wydaje się być momentami poza kontrolą lecz w gruncie rzeczy wszystko układa się w harmoniczną całość ku Bożej chwale. Słowo "liturgia" oznacza przecież dosłownie "wspólny czyn" i tutaj widać to najlepiej.

Kiedy obserwuję studentów jak trzymając w jednym ręku laskę liturgiczną, a w drugim grzechotkę, biorą udział w modlitwie pod przewodnictwem rektora, mam wrażenie, że wyszli prosto ze starożytnych etiopskich miniatur znajdujących się w zbiorach Biblioteki Watykańskiej. Dla nich tradycja jest największym skarbem, cząstką rodzinnego domu pod rzymskim niebem, dlatego trzeba jej wiernie przestrzegać i bronić przed jakimkolwiek zniekształceniem. Chwilę później zasiądą do komputera, aby pisać pracę naukową lub skorzystać z internetu. Dawne wcale nie musi się kłócić ze współczesnym.

Wierność tradycji, szczególnie tej liturgicznej, ma także wymiar ekumeniczny. W Kościele ortodoksyjnym sprawuje się przecież święte obrzędy tak samo. Studenci Kolegium Etiopskiego czują się powołani do budowania jedności. Wiedzą, że właśnie tu w Watykanie mnisi z ich ojczyzny wydali po raz pierwszy drukiem Nowy Testament oraz Rytuał w języku liturgicznym geez. Służyły one później zarówno ortodoksom jak i katolikom. Także dzisiaj wiele rzeczy robi się razem, szczególnie w dziedzinie walki z AIDS. Jako wspólne zagrożenie postrzegana jest ponadto ekspansja islamu oraz sekt protestanckich, atakujących z jednakową zaciekłością Kościół ortodoksyjny i katolicki. Nieprawdopodobnie wiele zmieniło się we wzajemnych stosunkach na przestrzeni ostatniego stulecia, chociaż dialog teologiczny posuwa się nieco zbyt wolno. Tu jest jednak szansa dla mieszkańców Kolegium, oczywiście pod warunkiem, że się do tego odpowiednio przygotują.

Obecnie najważniejsze wyzwanie stanowi umacnianie wewnętrznej jedności. 16 mieszkających w Kolegium księży należy do tego samego katolickiego Kościoła etiopskiego obrządku wschodniego, posiadającego swe eparchie w Etiopii i Erytrei. Na jego czele stoi metropolita Addis Abeby Berhaneyesus Souraphiel. Ponieważ wspomniane kraje były do niedawna w stanie wojny, co rzutuje nadal na wzajemne relacje, pojawili się zwolennicy uniezależnienia struktur katolickich w Erytrei na wzór Kościoła ortodoksyjnego. Podobne podziały istnieją na bazie przynależności plemiennej.

W Kolegium wszyscy żyją razem, jeden obok drugiego, dzielą nawzajem problemy i sukcesy, jak to w rodzinie. Chociaż mówią między sobą różnymi językami, głównie po amharsku i tigri, w liturgii używają języka geez. Jakby nie było są spadkobiercami jednej tradycji, czego najlepszym dowodem jest domowe muzeum i biblioteka.

Jak potoczą się dalsze losy Kolegium zależeć będzie w dużej mierze od sytuacji katolickiego Kościoła wschodniego w Etiopii i Erytrei. Jedno jest pewne: jego synowie byli zawsze mile widziani w Watykanie i tak już pewnie zostanie.

K. N.