lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
SIERPIEŃ 2006
nr 8/2006

I wziął ich na górę...

(Dn 7, 9-14; 2 P 1, 1-19; Mk 9, 2-10)

Dobiega kres ziemskiego pielgrzymowania Chrystusa. Jezus Apostołów, których sam powołał, przygotowuje do swego odejścia. Dotychczas obcując z Nim, widzieli w Nim człowieka, wprawdzie wyróżniającego się nauką i czynami, ale człowieka. Czas więc, aby odsłonił swoje bóstwo, ukazując, że chociaż jest człowiekiem, jest zarazem Bogiem. Prowadzi ich na górę - góra w Starym Testamencie była miejscem wielkich wydarzeń. Wybiera trzech, pierwszych, których powołał: Piotra, Jakuba i Jana. W ich obecności dokonał przemienienia. Co to znaczy, że Jezus się przemienił? To znaczy ukazał to, co w Nim było dotychczas ukryte. Był Bogiem i Człowiekiem, człowiekiem o zmęczonej, spotniałej twarzy, okryty zawsze tym samym płaszczem. I co więcej? Wiedzieli, że pochodził z Nazaretu, że pomagał ojcu przy ciesielce, że rozstał się z matką i ojcem, dobrał towarzyszy i począł nauczać, czyniąc wszystkim dobrze i uzdrawiał, wypędzał czarty i wskrzeszał. Poszli więc za Nim, nie znając jednak tajemnicy Jego rzeczywistej osobowości.

Na górze ukazali się dwaj wielcy mężowie Starego Testamentu: Mojżesz, założyciel starej religii żydowskiej, i Eliasz, uważany za największego z proroków. Będą świadkami tego, co za chwilę ma nastąpić. Kiedy współcześni Jezusowi - Jego ziomkowie, odrzucają misję Chrystusa, oni - przybyli już z "drugiej strony" - potwierdzają, na krótko przed Jego śmiercią krzyżową, orędzie Mesjasza. Dla umocnienia ich świadectwa rozlega się głos Ojca z nieba: "To jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie" (Mt 17, 5). To, co ujrzeli i usłyszeli Apostołowie, wystarczyło, aby mogli uwierzyć, że Ten, za którym poszli, oddali Mu się - jest nie tylko wysłannikiem Boga, ale samym Bogiem.

Cud przemienienia nie był przeznaczony wyłącznie wybranym trzem Apostołom. Obejmował pozostałych Apostołów, odnosi się także do nas - może nie tyle szarej przemiany codziennego życia, trudniej rzeczywistości, ile do przemiany moralnej, do zmiany mentalności. Góra Tabor wyrywa nas z rozgardiaszu i trosk codziennych i prowadzi na szczyty modlitewnego milczenia. Wstąpić na górę modlitewnego milczenia znaczy lepiej zrozumieć powiązanie krzyża z chwałą zmartwychwstania.. Otworzyć szerzej oczy na przyjęcie światła o tajemnicy Chrystusowej, że droga krzyża kończy się radosnym zmartwychwstaniem - "Wierzę w ciała zmartwychwstanie, w żywot wieczny".

Chrystus nie pozostał na Górze. Nie kazał rozbić namiotów, jak proponował Piotr. Sprowadził z powrotem ich na ziemię. Tu, na dolinie stosunków międzyludzkich, sprawdza się działanie Bożego światła. Tu następuje przemiana, gdy człowiek, dotąd sprzedający się, zaczyna okazywać twarz ludzką; gdy egoista zauważa drugiego człowieka, stając się otwartym na tych, których dotąd nie zauważał; gdy chodzący wciąż z obolałą twarzą, narzekający i płaczący, przyjmuje w milczeniu razy od życia; gdy zadufany w sobie, okazujący na każdym kroku swoją wrażliwość, puszcza w niepamięć doznane urazy; gdy dotąd zamknięty w sobie dzieli się z drugim swoją radością, czasem i sercem. Tu, na ziemi, ma się dokonać w nas przemienienie, w wyniku którego będziemy przebóstwieni. Człowiek przebóstwiony to ten, który ma w sobie życie Boże. Życie, które zaszczepiło się w nim jako ziarno w glebie, zapuściło korzenie, ogarnęło całego człowieka tak dalece, że przez niego promieniuje sam Bóg. Ty światłem promieniującym Bogiem obecnym w człowieku jest miłość, którą zostawił nam Jezus w Eucharystii. Wyjdźmy więc z wiarą na Jego spotkanie.

Społeczeństwo polskie czeka również na przemiany. Słowo to dziś zrobiło zawrotną karierę: przemiana ustrojów społecznych, politycznych, przemiana w oświacie, w kulturze. Przemiana na lepsze nie nastąpi bez nas i poza nami. Nie dokona się żadna przemiana, odnowa, odrodzenie, jeśli się nie przemieni człowiek, jego wnętrze.

Jezus mówi wyraźnie: "Szukajcie tego, co jest w górze" - i to jest program przemiany. Najpierw trzeba szukać Królestwa Bożego. Jezus powiedział, że ono jest w nas. To z nas musi wyjść cierpliwość, ustępliwość, uczynność, wyrozumiałość, miłosierdzie i sprawiedliwość, a wtedy zmieni się świat. Nie chodzi tu o to, byśmy przemieniali wszystko, co dla nas niewygodne - rzecz w tym, abyśmy sami, z łaską Bożą siebie przemieniali. To my musimy w wielu przypadkach się zmieniać.

Przemienienie wewnętrzne jest dziełem Boga i człowieka. Boga najpierw trzeba wprowadzić do swego wnętrza. Jemu się poddać i z Nim współpracować nie tylko w chwilach, gdy jesteśmy na Górze Tabor; ważne jest, aby być z Jezusem po zejściu z Góry, aby On był z nami w chwilach trudnej polskiej rzeczywistości przez swoje prawa i zasady.

Czy nie potrzebuję przemiany?

ks. Stanisław Piotrowski