lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
CZERWIEC 2006
nr 6/2006

Przeszłość jest przeszłością

Matka Boska z libańskiej Harissy dominuje nad zatoką Jounieh z wysokiego na 600 metrów wzniesienia, które łagodnie opada ku morzu. Spoglądając w dół, wyciągnęła opiekuńczo ręce jakby chciała przygarnąć wszystkich do swojego serca. Marmurowa rzeźba inspirowana jest widzeniami św. Katarzyny Labouré i upamiętnia ustanowienie dogmatu Niepokalanego Poczęcia.

Obok znajduje się bazylika, nawiązująca swą architekturą do fenickiego okrętu. Libańczycy chętnie dopatrują się w tym przedsiębiorczym narodzie własnych przodków, ale osiedlali się tu także przedstawiciele innych ludów i każdy pozostawił po sobie jakiś ślad.

Ilekroć zatrzymywałem się w Nuncjaturze Apostolskiej, nieco powyżej sanktuarium, mogłem obserwować o każdej porze spory ruch. Po serpentynach prowadzących na szczyt wspinają się jeden za drugim luksusowe samochody z odległego o 25 km Bejrutu i obdrapane busiki wynajęte przez komitywy z górskich wiosek. Kursuje również kolejka linowa z nadmorskiego Jounieh.

Pielgrzymi reprezentują wszystkie religie Libanu, łącznie z różnymi odmianami islamu. Koran wspomina Najświętszą Maryję Pannę aż 34 razy. Za sprawą Ducha Świętego poczęła ona proroka Jezusa i cieszy się szczególną przychylnością Allacha. Podstawowa różnica względem Nowego Testamentu polega na tym, że islam nie uznaje Chrystusa jako Syna Bożego, w związku z czym Maryja jest tylko matką człowieka. Na co dzień, maryjna pobożność muzułmanów przyjmuje często formy zbliżone do chrześcijańskich. Aż trudno uwierzyć, że podczas minionej wojny domowej, która pochłonęła ponad 150 tys. ofiar, wielu pielgrzymujących do Harissy walczyło przeciwko sobie z bronią w ręku. To, że dzisiaj modlą się znowu obok siebie jest znakiem postępującej normalizacji.

Sanktuarium powstało z inicjatywy patriarchy maronickiego, mającego swą siedzibę na tym samym wzniesieniu w miejscowości Bkerké. Od początków państwowości Libanu, wszystko grawituje wokół jego osoby. Również z tego powodu Harissa należy do najważniejszych miejsc w kraju cedrów.

Maronici stanowią drugą co do wielkości społeczność Libanu, ustępującą niewiele szyitom. Ich początki związane są z eremitą św. Maronem, który żył w Qalaat Kalota niedaleko obecnej granicy syryjsko-tureckiej. Cieszył się opinią cudotwórcy, dlatego kiedy umarł w 410 r., okoliczne wioski zaczęły prawdziwą wojnę podjazdową o jego relikwie. Podczas pierwszej wyprawy krzyżowej czaszka Świętego trafiła do Foglino w Umbrii, gdzie czczona jest po dzień dzisiejszy.

Uczniowie św. Marona założyli po śmierci mistrza klasztor, który w momencie największego rozkwitu liczył ponad 800 mnichów. Katechizowali oni ludność żyjącą pomiędzy Homs i Apameą, udzielali sakramentów, przyjmowali pielgrzymów. Z czasem uformowała się społeczność ściśle powiązana z klasztorem.

Mnisi oraz grawitujący w ich orbicie wierni przyjęli doktrynę chalcedońską o naturach Chrystusa, przez co doświadczali z jednej strony przychylności cesarza, z drugiej ataków przeciwników Soboru nazywanych monofizytami. Maronici podporządkowali się cesarzowi również wtedy, gdy ten chcąc wyeliminować podziały religijne w imperium zaczął forsować błędną doktrynę monoteletyzmu, głoszącą istnienie w Chrystusie jednej boskiej woli.

Podziały pomiędzy chrześcijanami a także totalitarny system sprawowania władzy przez bizantyjskich cesarzy, ułatwiły muzułmańskim Arabom podbicie Bliskiego i Środkowego Wschodu. Ludzie widzieli w nich początkowo wybawców, lecz było to tylko złudzenie. Odtąd jedyną słuszną wiarą miała stać się religia Mahometa, do czego nowi władcy konsekwentnie dążyli. We współczesnej wojnie z terroryzmem cywilizacja zachodnia stara się popierać tzw. "umiarkowany Islam". "Czegoś takiego nigdy nie było" ostrzega włoska dziennikarka Oriana Fallaci i wygląda na to, że ma sporo racji.

Z powodu zajęcia Syrii przez muzułmanów, patriarcha antiocheński rezydował coraz częściej w Konstantynopolu. Zdarzały się również długoletnie wakaty tej stolicy. W 685 r. mnisi z klasztoru św. Marona wybrali więc razem z okolicznymi biskupami własnego patriarchę. Głowa Kościoła maronickiego nosi do dzisiaj tytuł patriarchy Antiochii i całego Orientu.

Tymczasem kalifat wywierał na chrześcijan coraz większą presję fiskalną. Najtragiczniejsze było jednak to, że z powodu różnic doktrynalnych występowali przeciwko sobie sami wyznawcy Chrystusa. Maronici będący mniejszością w mniejszości, mieli powody, żeby obawiać się o własny los. Od VIII wieku zaczęli się więc przenosić w góry Libanu, trudno dostępne i praktycznie bezludne, jeśli nie liczyć koczujących gdzieniegdzie eremitów. Tutaj wreszcie mogli czuć się bezpiecznie, jednak trzeba było całych pokoleń, żeby ujarzmić naturę. Powstawały prowizoryczne domki, kościółki oraz klasztory. Chłopi wykuwali w skale szerokie tarasy, a następnie pokrywali je ziemią przyniesioną na własnych plecach z dolin lub z wybrzeża Morza Śródziemnego. Dzięki temu można było uprawiać zboże, oliwki, pomarańcze, banany, czy jabłka.

Kiedy około 1098 r.w górach Libanu pojawili się Krzyżowcy, maronici stali się od razu ich sprzymierzeńcami w walce z muzułmanami. Byli przewodnikami, wywiadowcami, dostarczali prowiantu. Ten sojusz zrodzony w walce ze wspólnym nieprzyjacielem przetrwał wieki. Pomimo klęski Krzyżowców mieszkańcy gór Libanu cieszyli się nadal przychylnością europejskich dworów, szczególnie francuskiego. W związku z tym władcy mameluccy i osmańscy postrzegali ich jako pół-Francuzów, traktując lepiej niż inne grupy religijne.

Patriarcha maronicki był jedynym zwierzchnikiem religijnym w imperium, który po swoim wyborze nie musiał zabiegać o firman sułtana. Posiadał najwyższy autorytet we wszystkich dziedzinach życia, prawdziwy caput et pater (głowa i ojciec), jak mówią święte kanony prawa wschodniego. Podlegali mu mukkadamin, odpowiedzialni za wymierzanie sprawiedliwości, ściąganie podatków i obronę terytorium. W momencie obejmowania urzędu przyjmowali oni święcenia subdiakonatu, co podnosiło ich prestiż oraz silniej wiązało z patriarchą. "On jest naszym sułtanem" podkreślali wszyscy, zaś dwór w Stambule nie robił z tego problemu.

Kościół maronicki liczy obecnie około 3,3 milionów wiernych rozsianych po całym świecie. W przeciwieństwie do innych katolickich Kościołów wschodnich nie ma swojego odpowiednika w prawosławiu ani wśród chrześcijan niechalcedońskich. Maronici uważają, że nigdy nie zerwali jedności z papieżem, uznając zawsze jego prymat. Jeśli w pewnym momencie przyjęli monoteletyzm wynikało to z nieporozumienia, jakie powstało wokół tej kwestii.

Sojusz z Krzyżowcami stał się w każdym razie okazją do odnowienia kontaktów z Kościołem rzymskim. Rycerstwu towarzyszyli bowiem duchowni, prekursorzy dzisiejszych kapelanów wojskowych, natomiast po zdobyciu Antiochii i Jerozolimy została tam ustanowiona hierarchia łacińska.

W 1215 r. patriarcha maronicki Jeremiasz Al-Amshiti uczestniczył w Soborze Lateraneńskim IV. Kurię rzymską trudno czymkolwiek zadziwić lecz jego aspekt zewnętrzny i poglądy musiały różnić się zdecydowanie od ówczesnych kanonów. Jakby nie było, całe swoje dotychczasowe życie spędził razem z innymi mnichami w odciętym od świata górskim klasztorze. Na co dzień i od święta nosił ten sam skromny strój: czarną tunikę z kapturem. Równie ubogie było jedzenie: kozi ser, oliwki, wypiekane w żarowisku podpłomyki. Ten habitat kształtował również punkt widzenia. Papież Innocenty III, przesłał więc patriarsze już po zakończeniu Soboru komplet szat biskupich rzymskiego kroju oraz bullę z wykładem teologii i prawa. Uznaje się to za początek latynizacji maronitów. Nie można jednak zapominać, że ówczesne pojęcie "powszechności" Kościoła było nieco inne, a i Bizancjum jeśli tylko mogło, postępowało podobnie na podległych sobie terytoriach.

Maronici zyskali w papieżu potężnego protektora, który nie jeden raz stawał w ich obronie razem z królem francuskim. Stolica Apostolska troszczyła się zarazem o formację kleru i poziom religijny wiernych. Od 1584 r. istnieje w Rzymie Papieskie Kolegium Maronickie, gdzie kształci się elita duchowieństwa. Z kolei przybyłe do Libanu zgromadzenia zakonne zakładały szkoły otwarte również dla muzułmanów. Z inicjatywy polskiego jezuity o. Maksymiliana Ryłły (+1848) powstał w Bejrucie prestiżowy Uniwersytet św. Józefa, skupiający obecnie 12 tys. studentów. W rezultacie społeczeństwo libańskie jest najlepiej wykształcone, a jednocześnie najbardziej frankofońskie w całym regionie.

Pomimo bliskich związków z Zachodem, co wynika także z rozmiarów diaspory maronickiej, trzy razy większej niż liczba maronitów w ojczyźnie, utożsamiają się oni generalnie z kulturą arabską. W żadnym wypadku nie można ich jednak nazywać Arabami. Miejscowi nawet po twarzy potrafią odróżnić maronitę od przedstawicieli innych społeczności.

W Libanie obowiązuje system wyznaniowy: urząd prezydenta republiki sprawuje maronita, przewodniczącym parlamentu jest szyita, natomiast premierem sunnita. W parlamencie mandaty podzielone są pół na pół, pomiędzy chrześcijan i muzułmanów dlatego wybory przypominają układanie puzzli według ustalonego z góry wzoru.

Konfesjonalność państwa libańskiego wyraża się również w tym, że każda z 18 uznanych konstytucyjnie grup wyznaniowych rządzi się w dziedzinie małżeństwa i rodziny własnymi przepisami, mającymi skutki cywilne. Chociaż w przypadku kontrowersji ostatnie słowo należy do Trybunału Kasacyjnego, trudno pogodzić ze sobą muzułmańską poligamię i monogamię chrześcijan albo prawosławie dopuszczające powtórny związek po rozwodzie z doktryną katolicką, która jest temu przeciwna. Maronici zawsze byli motorem postępu, dlatego są zwolennikami przynajmniej częściowego rozdziału państwa od grup religijnych. Zaraz jednak dodają, że na mocy niepamiętnego zwyczaju ich patriarcha ma prawo interweniować w politykę.

Pomimo swoich 86 lat patriarcha Sfeir jest bardzo aktywny. Wyjście wojsk syryjskich wymuszone przez gigantyczne manifestacje oraz presję światowych mocarstw, otworzyło nowy rozdział w historii kraju. Niektórzy wierzą, że szybko uda się przywrócić stabilizację sprzed wojny domowej. Tu jednak ścierają się dwie opcje: filosyryjska oraz całkowitej niezależności od obcych wpływów. Hierarchia maronicka opowiada się za drugim rozwiązaniem. Dała już do zrozumienia prezydentowi kraju Emilowi Lahudowi, utożsamianemu z Damaszkiem, że powinien ustąpić. Sprawa nie jest jednak prosta, przypominając jako żywo sytuację w Polsce po upadku komunizmu. Ci którzy w minionym okresie doszli do dobrobytu albo zrobili karierę polityczną, nie wyłączając chrześcijan, zawdzięczają wszystko Syrii. Pozostaje ona zarazem największym importerem libańskich produktów, przy czym sporo przedsiębiorstw posiada mieszany kapitał.

Problem relacji z potężnym sąsiadem, który pilnuje swoich interesów poprzez służby specjalne, jest naturalnie jednym z wielu. Waży się ponadto sprawa przyznania obywatelstwa 400 tysiącom uchodźców palestyńskich, co zwiększyłoby przewagę liczebną muzułmanów w stosunku do chrześcijan, stanowiących obecnie 43% ludności. Dane demograficzne od lat niepokoją hierarchię kościelną. Chrześcijanie rodzą bowiem mniej dzieci i częściej emigrują.

Lista spraw jest tak długa, że libański "okrągły stół" nie wypracował dotąd wspólnej strategii. Czy istnieje jednak inne wyjście? 10 maja 1997 r., po odprawieniu Mszy Świętej dla młodzieży w Harrisie, Papież Jan Paweł II ogłosił adhortację "Nowa nadzieja dla Libanu". Obok wskazań dotyczących odnowy życia religijnego, dokument zawiera płomienne wezwanie do narodowego pojednania. Od tamtego czasu sporo się zmieniło i harmonijne współżycie wszystkich Libańczyków wydaje się być w zasięgu ręki. Maronici wykazują pod tym względem sporo dobrej woli, jakby wzięli sobie do serca miejscowe powiedzenie: "przeszłość jest przeszłością".

K. N.