lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MAJ 2006
nr 5/2006

Na ratunek duszy i ciała

Na lewym brzegu Tybru, w pobliżu słynnych "Ust prawdy", zachowała się świątynia boga rzek Portunusa, przypisywana czasem błędnie bogini Fortunie. Zbudowano ją w porządku jońskim około 2200 lat temu, ale historia kultu w tym miejscu jest znacznie starsza.

Około 872 r. pogańska świątynia została zaadaptowana na kościół pod wezwaniem św. Marii Egipcjanki. Taką praktykę stosowano w Rzymie powszechnie, dzięki czemu ocalało do naszych czasów wiele starożytnych budowli.

Wybór patronki kościoła został bardzo starannie przemyślany. Maria Egipcjanka, żyjąca pomiędzy rokiem 354 i 431, była bowiem przed swoim nawróceniem kobietą lekkich obyczajów, zaś w tym rejonie, pomiędzy targiem zwierzęcym oraz portem na Tybrze gromadziły się już w okresie republikańskim rzymskie meretrices. Miejsce to zachowało swoją złą sławą także pod panowaniem papieży. Ktoś doszedł widocznie do wniosku, iż przykład Świętej może podziałać wychowawczo. Na ścianach kościoła wymalowano historię jej życia, sprowadzono relikwie i głoszono specjalne nauki. Największym nieszczęściem notorycznego grzesznika jest bowiem to, że nie wie on dlaczego należy zmienić złe obyczaje, a jeśli już, to w jaki sposób. Maria Egipcjanka znajdowała się w takiej właśnie sytuacji. Miała zaledwie 12 lat, gdy opuściła rodzinną wioskę nad brzegiem Nilu. Ponieważ pociągało ją światowe życie i żądza bogactwa, udała się do Aleksandrii. Mogłaby zatrudnić się gdzieś u możnych ludzi, bo tych w nadmorskiej metropolii nie brakowało, ale przecież nie po to uciekała od ciężkiej pracy na gospodarstwie. Zaczęła więc uprawiać nierząd. Z roku na rok robiła postępy w złych obyczajach, aż wreszcie zepsucie doszło do takiego stopnia, że głównym jej celem stały się nie tyle pieniądze, co sprowadzanie na drogę grzechu pobożnych mężczyzn.

Powodowana tym właśnie zamiarem wsiadła na okręt, który wiózł pielgrzymów z Aleksandrii do Ziemi Świętej. Sztuka uwodzenia, idąca w parze z urodą jest bronią trudną do odparcia i Maria bez skrupułów zrobiła z niej użytek: wszyscy pielgrzymi wpadli w jej sidła. Również w Jerozolimie kontynuowała swoje niecne praktyki.

Nadeszło święto Podwyższenia Krzyża św. W tym dniu mieszkańcy Jerozolimy oraz pielgrzymi zwykli udawać się do Bazyliki Grobu Pańskiego, żeby adorować krzyż na którym umarł Chrystus. Maria prowadziła od lat grzeszne życie lecz zawsze czuła się chrześcijanką i jak to zwykle bywa w tego rodzaju przypadkach, nie miała sobie niczego do wyrzucenia. Poszła więc razem z innymi do bazyliki, gdzie jednak czekała na nią przykra niespodzianka. Ilekroć chciała przekroczyć bramę świątyni, jakaś niewidzialna siła odpychała ją do tyłu. Jeden raz, drugi, trzeci..., wreszcie zrozumiała, że nie jest godna, aby wejść do środka. Kobietom płacz przychodzi z reguły łatwo, cóż dopiero w poczuciu bezsilności. Maria nie była wyjątkiem. Wyrzucając z siebie potoki łez, spoglądała z kościelnego przedsionka na widoczną w głębi ikonę Matki Bożej. Obiecywała, że odpokutuje za swoje grzechy. "Błogosławieni, którzy się smucą" (Mt 5,4), mówi jedno z Chrystusowych błogosławieństw. Nie chodzi tu tylko o płakanie nad własną mizerią ale skrucha bez wątpienia oczyszcza i przywraca sercu pokój. Po jakimś czasie zdołała wejść do bazyliki i ucałować relikwie krzyża. W jednej chwili stała się zupełnie inną osobą. Prowadzona wewnętrznym natchnieniem dotarła do Jordanu, do miejsca, gdzie swego czasu św. Jan Chrzciciel wzywał do pokuty i nawrócenia. Był tam kościół, którego resztki odkryto zupełnie niedawno. Kobieta obmyła się w rzece a następnie przyjęła Komunię św. Wewnętrzny głos kazał jej przejść na drugi brzeg, gdzie podobnie jak dzisiaj zaczynała się pustynia. Niemal spontanicznie przypomina się w tym momencie proroctwo Ozeasza: "Chcę przynęcić niewierną oblubienicę, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca" (Oz 2,16).

Maria nie miała ze sobą niczego poza trzema chlebami, jakie kupiła po drodze. Latami żyła z dala od ludzi, zdana tylko na towarzystwo dzikich zwierząt. Z pewnością, wzorem innych eremitów, musiała znaleźć sobie pieczarę lub ulepić chatkę z gliny i zeschłych pędów roślinnych, gdyż od maja do października pustynia zamienia się w rozpalony do białości piec i żadną miarą nie sposób na niej wytrzymać. Nie wiadomo, na jak długo wystarczył Marii chleb, stwardniały w międzyczasie na kamień. Później żywiła się na wzór Jana Chrzciciela szarańczą i miodem robionym przez dzikie pszczoły. Do dzisiaj część mieszkańców Ziemi Świętej trudni się pszczelarstwem. W porze zimowej, gdy dzięki opadom deszczu pustynia pokrywa się na krótki czas dywanem kwiatów, przewożą oni na nią swoje pasieki.

Maria pokutowała za popełnione grzechy, starając się zarazem wyzwolić od cielesnych pożądań i zapanować nad własną zmysłowością. Nie było to łatwe, bo obok dawnych złych skłonności pojawiły się zupełnie nowe pokusy. Taka już jest strategia złego ducha, który na wszelkie możliwe sposoby przeszkadza człowiekowi w realizacji dobrych zamiarów.

Według św. Mojżesza etiopskiego "cztery rzeczy wyzwalają namiętność: obfitość jedzenia i picia, długi sen, lenistwo i rozrywka oraz noszenie wytwornych strojów". Pustynia pomagała niewątpliwie w unikaniu tych okazji. Suknia jaką Maria włożyła na siebie udając się do Bazyliki Grobu Pańskiego w pamiętnym dniu Podwyższenia Krzyża św., dawno się podarła. Gdy 47 lat później spotkał ją przypadkowo mnich Zosima, poprosiła go najpierw o płaszcz, żeby okryć swe ciało i nie stwarzać dwuznacznych sytuacji.

Zosima był prawdziwym weteranem życia zakonnego. Młodzi mnisi niczym gąbka chłonęli jego duchowe rady i we wszystkim go naśladowali.Tymczasem on sam przeżywał wewnętrzny kryzys. Przekonany, iż na drodze do doskonałości osiągnął wszystko co tylko dla człowieka możliwe, powoli zaczynał się męczyć w klasztorze. Na szczęście sumienie co pewien czas dawało o sobie znać i wtedy, zazwyczaj w okresie Wielkiego Postu, szedł na pustynię. 20 dni w jedną stroną, 20 dni z powrotem. Właśnie w połowie drogi natknął się na Marię Egipcjankę. Najpierw wziął ją za gazelę, następnie za złego ducha, bo przecież pustynia jest tradycyjnie jego domeną, ostatecznie spotkanie to okazało się dla niego prawdziwymi rekolekcjami. Kiedy nieznajoma opowiedziała mu swoją historię, poczuł się przy niej pryncypiantem życia ascetycznego. Spostrzegł jednocześnie, że znała doskonale Pismo Święte. Eremici zwykli byli przyswajać sobie przynajmniej Nowy Testament i Psalmy, żeby następnie, medytować w samotności święte teksty. Do tego konieczna była jednak umiejętność czytania albo przynajmniej nauczyciel tymczasem on miał przed sobą prostą kobietę, żyjącą w całkowitej samotności.Przypisał to więc Bożej interwencji i poprosił pustelnicę o błogosławieństwo.

Zgodnie z umową spotkali się rok później. Był wielkoczwartkowy wieczór, kiedy cały Kościół sprawuje pamiątkę Wieczerzy Pańskiej i Zosima zabrał ze sobą Najświętszy Sakrament. Maria odmówiła "Wyznanie wiary", "Ojcze nasz", przekazali sobie nawzajem pocałunek pokoju, po czym przyjęła Komunię św. Mnich nie przypuszczał nawet, że udziela jej wiatyku na godzinę śmierci. Łacińskie słowo viaticum oznacza właśnie zaopatrzenie na drogę, w tym konkretnym wypadku na drogę do wieczności. Umówili się ponownie za rok i każdy poszedł w swoją stronę.

Jak nigdy wcześniej przepełniało Marię bezgraniczne szczęście. Z przyzwyczajenia, bo pora była ku temu właściwa, modliła się słowami starca Symeona: "Teraz o Władco, pozwól odejść swojej służebnicy w pokoju, według słowa Twojego, bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie" (por. Łk 2,29). W pewnym momencie zaczęły opuszczać ją siły i zrozumiała, że zbliża się chwila odejścia z tego świata. Słabnącą ręką zdołała jeszcze tylko napisać na piasku: "Ojcze Zosimie pochowaj w tym miejscu ciało biednej Marii i módl się za mnie do Boga". Wstawał powoli dzień Wielkiego Piątku.

Rok później Zosima tradycyjnie wyruszył na pustynię, żeby medytować o rzeczach ostatecznych. Nie uszedł jeszcze zbyt daleko od klasztoru, gdy spostrzegł leżące samotnie ludzkie zwłoki. Rozpoznał w nich Marię, zresztą napis obok nie pozostawiał cienia wątpliwości. Człowiek smuci się z reguły gdy ktoś bliski odchodzi z tego świata lecz eremici jeszcze za życia uważali się za zmarłych. Zosima odmówił przeto Te Deum i z namaszczeniem, jak przystało na relikwie Świętych, złożył ciało kobiety w wykopanym naprędce grobie. Po powrocie do klasztoru opowiedział współbraciom historię Marii, dotąd bowiem, na jej wyraźne życzenie, trzymał wszystko w najgłębszej tajemnicy. Dzięki temu pamięć o niej dotarła aż do naszych czasów. Jak to zwykle bywa, ten i ów dodał w międzyczasie różne cudowne wątki, choćby o lwie zaprzyjaźnionym z pustynną pokutnicą, lecz w pewnych kręgach one właśnie stanowią jedyne kryterium świętości, poza tym każda epoka ma swoje gusty.

Malowidła w rzymskim kościele św. Marii Egipcjanki są tego najlepszym przykładem. Niestety tylko nieliczni mogą je dzisiaj zobaczyć, bo w 1919 r. świątynia została zamknięta dla kultu. Trzeba pamiętać, że młode Królestwo Włoch, powstałe kosztem państwa kościelnego, było zdominowane przez masonów i socjalistów, prowadzących otwartą walkę z religią katolicką.

W nowej sytuacji Kościół nadal interesował się losem kobiet, które zeszły na złą drogę. Były to nie tylko płomienne kazania, roztaczające widmo ognia piekielnego. Wiadomo przecież, że samo straszenie na niewiele się przyda jeśli nie wskaże się jakiejś konkretnej alternatywy. Ponieważ u podłoża grzesznego życia tkwiło zazwyczaj ubóstwo, trudniącym się nierządem oferowano godziwą pracę, na przykład jako pomoc domowa. Szukano dla nich mężów i zbierano na posagi, co pochwalał już papież Innocenty III (+1216), nazywając taki ożenek "uczynkiem pobożnym i szlachetnym". Zdarzało się nawet, że jak w przypadku Marii Egipcjanki, nawróceniu towarzyszył wybór życia zakonnego. Jednocześnie zakładano ochronki dla dziewczynek zrodzonych z nierządu, aby uchronić je przed losem matek. Jedna z takich instytucji funkcjonowała przez kilka wieków w budynku zajmowanym przez ambasadę polską przy Stolicy Świętej.

Podobną działalność prowadzi obecnie Caritas, ruchy kościelne i wolontariusze. Łączy się to z ryzykiem, bo potężne gangi zajmujące się handlem kobietami bacznie pilnują swoich interesów. Największą barierą jest chyba jednak "wstydliwy" charakter całej sprawy, postrzeganej jako swoiste "tabu". Tu należy się chwała Stolicy Apostolskiej, która podejmuje na tym polu wiele inicjatyw. Przykładem może być ubiegłoroczne spotkanie międzynarodowe "Na rzecz wyzwolenia kobiet ulicy", zorganizowane w Rzymie przez Papieską Radę do Spraw Emigrantów i Podróżujących. One również powołane są do Królestwa Niebieskiego i mogą nas tam uprzedzić.

K. N.