lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MAJ 2006
nr 5/2006

Ucieczka od prawdy

Na początku lat 90-tych, gdy Polakom wydawało się, że odzyskali własną Ojczyznę, że będzie w niej triumfować sprawiedliwość i prawda, a wszystko, co trzeba zostanie ujawnione - nastąpiło rozczarowanie. Zaczęto Polaków pouczać, że trzeba patrzeć w przyszłość, że grzebanie się w historii jest nie na miejscu, zaś próby oceny tego, co było złe są wręcz prostacko jednoznaczne. Ci, którzy domagali się historycznej prawdy i rozliczenia winnych, zostali obdarzeni mianem oszołomów, frustratów, albo chorych z nienawiści. Postokrągłostolowe elity podjęły gigantyczną próbę przekonania społeczeństwa, że czarne jest białe (w najgorszym wypadku - szare), a zło to nie jest takie znów zło do końca, bo w sumie nic nie jest jednoznaczne ani zupełnie oczywiste; że wszyscy byli "umoczeni" i każdy miał swój udział, a w ogóle to "polowań na czarownice" nie ma co urządzać, gdyż historię należy zostawić historykom.

Na zdrowy rozum biorąc, jeśli ktoś boi się spoglądania w przeszłość, to musi mieć jakieś szczególne ku temu powody. Jeżeli ktoś boi się ujawnienia prawdy, to musi być ona dla niego wysoce nieprzyjemna. Jednakże tego typu rozumowanie dla samozwańczych elit jest nie do przyjęcia. Według nich jest to przejaw mściwości a nawet nienawiści. Otóż to, mówienie prawdy, nazywanie rzeczy i spraw po imieniu jest "mową nienawiści".

Nie jest to wynalazek specyficznie polski. Polityczna poprawność, agresywnie lansowana na Zachodzie, też zabrania jednoznaczności nazw czy sformułowań. O ile jednak dla zlewaczałych elit zachodnich służy ona do tresowania społeczeństw, aby zmienić ich mentalność, to w Polsce dla tzw. elit ma drugie - ważniejsze, bo życiowe znaczenie. Chodzi o ukrycie brudnej i kompromitującej prawdy. Według nich naród nie może wiedzieć, ile mianowanych oficjalnie tzw. autorytetów moralnych to esbeccy donosiciele; ilu szanowanych biznesmenów to megazłodzieje; ilu "niezależnych" dziennikarzy to zwyczajni politrucy działający na zlecenie; słowem ilu "porządnych i powszechnie szanowanych ludzi", to w rzeczywistości zakłamani łajdacy i odrażające kanalie. Tego się obawiają i to śmiertelnie polskie "elity".

ks. Marek Czech