lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LISTOPAD 2004
nr 2/2004

Odrzucić koszmary przeszłości

Decyzją Kongresu Berlińskiego (1878), Bośnia i Hercegowina zamieniły jarzmo tureckie na poddaństwo austro-węgierskie. Dzięki temu Papież Leon XIII mógł utworzyć dla tutejszej wspólnoty katolickiej, metropolię kościelną ze stolicą w Sarajewie. O ile wiara pozostała żywa na wsi, co było głównie zasługą franciszkanów, samo miasto miało charakter muzułmański. Chrześcijanie i Żydzi posiadali w nim jednak własne świątynie, w związku z czym każdy mógł modlić się oraz świętować po swojemu.

Za cesarza Franciszka Józefa Sarajewo powiększyło się o nowe dzielnice, w których zamieszkali obok siebie przedstawiciele różnych religii i narodów. Dzięki hojnej ręce imperatora wybudowano neogotycką katedrę pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, seminarium duchowne oraz kilka domów zakonnych. Jednocześnie wielu mieszkańców kraju, którzy wcześniej, deklarowali się jako wyznawcy Islamu wróciło do Kościoła. Chociaż rodzina cesarska nie kryła swojego przywiązania do katolicyzmu, patrzyła życzliwym okiem także na inne wspólnoty religijne. Mogły więc one bez przeszkód prowadzić swoją działalność, natomiast w Sarajewie powstawały nowe świątynie prawosławne, ewangelickie i żydowskie. Pomimo różnic religijno-etnicznych mieszkańcy żyli w harmonii. Pewnie dlatego stolicę Bośni zaczęto nazywać "europejską Jerozolimą", porównanie, które obecnie wydaje się niezrozumiałe. Ale wtedy było inaczej. Bośniacki pisarz i noblista Ivo Andrić, nawiązujący w swojej twórczości do obrazu mostu, który łączy ludzi i odmienne od siebie rzeczywistości, nazywa swój kraj takim mostem rzuconym pomiędzy różne kultury i religie.

Któż więc mógł przypuszczać, że właśnie w Sarajewie zginie od kul serbskiego spiskowca austriacki następca tronu Franciszek Ferdynand i jego żona Zofia. Ów dzień 28 czerwca 1914 r. przeszedł do historii jako początek I wojny światowej. Po jej zakończeniu w 1918 r. Bośnia i Hercegowina znalazły się w granicach Jugosławii, gdzie dominującą rolę odgrywało prawosławie. Stawiało to inne religie w niezbyt korzystnej sytuacji, wystarczy wspomnieć choćby zablokowanie pod koniec lat trzydziestych podpisanego już konkordatu ze Stolicą Świętą. Napięcie pomiędzy poszczególnymi narodowościami stopniowo wzrastało, osiągając punkt kulminacyjny w czasie II wojny światowej. Chorwaccy ustasze i muzułmańskie bojówki mordowali Serbów. Ci z kolei prowadzili akcje odwetowe w ramach doskonale zorganizowanej partyzantki. Poniosło śmierć wielu niewinnych ludzi. Z ręki czetników zginął między innymi polski ksiądz Antoni Dujlowicz (+1943), pracujący w parafii Gumiera.

Powojenne rządy marszałka Tito (1892-1980), stłumiły tylko pozornie wzajemne napięcia; te jednak żarzyły się nadal pod skorupą nowej ideologii niczym serce uśpionego wulkanu. Partia postanowiła wychować nową generację ludzi, którzy nie przywiązywaliby znaczenia do swoich etnicznych korzeni. Odtąd wszyscy mieli być wyłącznie Jugosłowianami. Eksperyment ten powiódł się tylko w przypadku najmłodszej generacji. Najlepszym tego przykładem może być jeden z moich kolegów w pracy urodzony w pobliżu granicy serbsko-bośniackiej. Podczas gdy jego krewni deklarowali się jako Chorwaci lub Rusini, on powtarzał twardo przed i po rozpadzie Jugosławii: "jestem Jugosłowianinem".

W multietnicznym ze swojej natury Sarajewie, większość ludzi miała świadomość własnych korzeni, a jednocześnie chciała żyć razem. Tak więc nie "jeden naród, jedno państwo", lecz "wiele narodów w jednym kraju". Pod tym względem Bośnia i Hercegowina były prawdziwym ewenementem wśród republik dawnej Jugosławii, które na początku lat 90. ogłosiły niepodległość. Ponieważ dla generałów pokroju Karadzića i Mladića oznaczało to zdradę narodowych ideałów, postanowili przeprowadzić "etniczne porządki". 5 kwietnia 1992 r., wkrótce po ogłoszeniu referendum niepodległościowego, armia jugosłowiańska wspomagana przez paramilitarne oddziały Serbów bośniackich uderzyła na Sarajewo. Rozpoczęło się trwające 1395 dni oblężenie miasta, najdłuższe w dziejach współczesnej Europy. W jednej z budek historycznego bazaru, który funkcjonuje dzisiaj jak nigdy wcześniej, kupuję barwną mapę z naniesionymi pozycjami najeźdźców i obrońców. 260 czołgów, 120 dział, niezliczona ilość moździerzy otoczyły śmiertelnym pierścieniem przeszło półmilionową aglomerację, przemieniając ją w jeden wieki obóz koncentracyjny. Żeby uniknąć kul ludzie poruszali się po ulicach biegiem, wznosili betonowe zadaszenia, a i tak zginęło ich przeszło 10 tysięcy. Płonęły kościoły, szkoły, szpitale, Biblioteka Narodowa, kompleks obiektów sportowych Zetra, na których w 1984 r. rozgrywane były Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Z wolnym światem łączył miasto jedynie podziemny tunel, prowadzący z dzielnicy Dobrinja na lotnisko, gdzie lądowały samoloty z żywnością i paliwem.

Razem z dwójką przyjaciół, pełniących misję pokojową w Bośni i Hercegowinie, jedziemy na wzgórza okalające Sarajewo. Miasto jest tak rozległe, że trudno objąć je w całości moim amatorskim aparatem fotograficznym. Pomimo tego, kontrolowanie położonej w dole aglomeracji i sianie w niej ustawicznego terroru musiało być w miarę łatwe. Obok nas pojawia się grupka młodych ludzi. Mówią powoli, więc mogę zrozumieć, że przyjechali z prowincji na weekend. Jeden z chłopaków zaczyna nagle udawać snajpera i przykładając głowę do wyciągniętego ramienia, które ma imitować karabin, mierzy w stronę miasta: paf, paf, paf..., pozostali zanoszą się ze śmiechu. Pewnie nie wiedzą o tym, że w dniach oblężenia bandyci w mundurach umożliwiali spragnionym wrażeń przybyszom z zagranicy "zapolowanie" sobie na sarajewskich cywilów. Tych "turystów", wśród których widziano także autorów wzruszających reportaży wojennych, nikt dzisiaj nie rozlicza, zresztą trybunał w Hadze nie jest w stanie osądzić nawet głównych sprawców bośniackiego dramatu.

Prawdziwą zbrodnią były jednak czystki etniczne, w wyniku których zginęło około 250 tysięcy osób, a ponad półtora miliona musiało udać się na tułaczkę. Wielu uciekało przed zmieniającą się nieustannie linią frontu, innych po prostu wypędzano, żeby następnie zasiedlić ich domostwa przedstawicielami własnej narodowości. Kiedy na skutek interwencji ONZ i NATO zamilkły wreszcie głosy wystrzałów mapa etniczna Bośni wyglądała inaczej niż w 1991 roku. Układy pokojowe w Dayton (1995) usankcjonowały oficjalnie nową rzeczywistość.

Wiele pisze się dzisiaj o zbrodniach dokonanych na bośniackich muzułmanach. Do rangi narodowego symbolu urosła egzekucja 7000 cywilów w Srebrenicy, mosiężne i marmurowe tablice na sarajewskich kamienicach upamiętniają miejsca, gdzie zginęło najwięcej osób, witryny księgarń zastawione są dziesiątkami tytułów o minionej wojnie. Ze zwykłej sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że katolicy, deklarujących się jako Chorwaci, przeżyli nie mniejszą tragedię. Z 800 tysięcy wiernych, co stanowiło 18% przedwojennej ludności, pozostała obecnie niespełna połowa. Według biskupa Banja Luki Franja Komaricy, z terytorium proklamowanej jednostronnie Republiki Serbskiej zależnej od Belgradu, wysiedlono w niektórych miejscach nawet 90% katolików. Obok wiernych ginęli księża i siostry zakonne, wielu z nich więziono oraz torturowano, zniszczonych zostało kilkaset świątyń. Myśląc w kategoriach czysto ludzkich, można by jeszcze długo robić bilansy strat, które osłabiły Kościół. Osoby wierzące mają jednak nadzieję, że poniesione ofiary przyniosą owoce. Beatyfikowany przez Jana Pawła II w Banja Luce świecki katolik Ivan Merz pisał przecież, że "cierpienie robi więcej dla Królestwa Bożego niż długotrwała praca".

W Sarajewie cierpieli razem katolicy, muzułmanie i prawosławni, bo jak śpiewał Bułat Okudżawa "kula nie potrafi rozróżnić pomiędzy swoim i cudzym, dla niej wszystko jedno". Obecnie wielu Serbów przesiedla się do pobliskiego Pale. Tam zawsze byli większością, a w czasie wojny mieli nawet swój parlament. W peryferyjnych dzielnicach Sarajewa sporo jest okazałych domów z napisem "na sprzedaż". Powoli niszczeją i obrastają chaszczami, bo zwykli ludzie nie mają pieniędzy natomiast ambasady i zagraniczne firmy wykupiły już co ładniejsze budynki w centrum miasta. Większość ocalałych z wojennej pożogi Chorwatów postanowiła pozostać, chociaż Sarajewo nabiera charakteru coraz bardziej muzułmańskiego. I pomyśleć, że uformowało się tu wielu kapłanów, sióstr zakonnych, a nawet niejeden biskup pracujący obecnie na Bałkanach. "Zachowaliśmy jedność, gdy zrzucano na nas bomby. Teraz, kiedy przyszedł czas odbudowy musimy być jeszcze bardziej zjednoczeni", mówi kardynał Vinko Pulić, który otrzymał purpurę jeszcze podczas oblężenia miasta.

Sytuacja w kraju jest skomplikowana. To co społeczność międzynarodowa uznało jako suwerenną Republikę Bośni i Hercegowiny składa się w rzeczywistości z federacji chorwacko-bośniackiej (muzułmańskiej), republiki Serbów oraz autonomicznego okręgu Brcko. Na czele państwa stoi trzyosobowe Prezydium Republiki (Muzułmanin, Chorwat, Serb), którego członkowie pełnią rotacyjnie, co 8 miesięcy funkcję przewodniczącego. Pojęcie ojczyzny jest bardzo relatywne i zmienia się w zależności od regionu. W Mostarze powiewają flagi chorwackie, w Banja Luce serbskie, w Sarajewie bośniackie. Różnią się pomiędzy sobą programy szkolne, szczególnie jeśli chodzi o przedmioty humanistyczne, bo chemia, czy matematyka nie mają na szczęście podtekstów politycznych. Wielu marzy nadal o Wielkiej Serbii lub Wielkiej Chorwacji i najchętniej podzieliłoby Bośnię pomiędzy te dwa kraje. Tym co stoi na straży jedności są odziały pokojowe, w skład których wchodzą polscy żołnierze oraz Organizacje Międzynarodowe, głównie OBWE, nadzorujące tworzenie demokratycznych struktur kraju. Można usłyszeć często twierdzenie, "że wojna się skończyła, ale nie ma jeszcze pokoju". Jeden z saperów mówił mi, że potrzeba wielu lat, żeby usunąć dziesiątki tysięcy min pozostałych po minionym konflikcie. Wydaje się, że przywrócenie prawdziwego pokoju będzie znacznie trudniejsze, bo wspomnienie wojny jest jeszcze zbyt żywe.

Pomimo tego, wędrując wieczorem po sarajewskim starym mieście odnosi się wrażenie, że wszystko funkcjonuje jak za dobrych austriackich czasów. W ulicznych kawiarenkach trudno znaleźć wolne miejsce, deptaki pełne są spacerujących ludzi, słychać głos imamów zwołujących na modlitwę oraz dzwony katedry. W mroku nocy zginęły nawet ślady po pociskach, które niczym otwarte rany pokrywają wiele stołecznych budowli. Ran pozostałych w ludzkich sercach nie można jednak niczym przysłonić. Jeśli jednak Republika Bośni i Hercegowiny ma stać się kiedyś ojczyzną wszystkich zamieszkujących ją narodów, impuls może wyjść tylko z Sarajewa, podobnie jak było to w ciągu minionych wieków.

K. N.