lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
KWIECIEŃ 2006
nr 4/2006

Ksiądz Darek z Sokółki

Darek Sańko - ksiądz, doktor filozofii, podróżnik, kulturysta, płetwonurek, spadochroniarz. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w białostockim seminarium. Razem z Tomkiem - kolegą z Sokółki zakładali siłownię, co kilkanaście lat temu w seminarium duchownym było wydarzeniem dość niecodziennym. Trochę uparci, idący pod prąd utartym zwyczajom panującym w duchowej uczelni. Po wyjeździe "pakerów"(tak ich nazywaliśmy) do Ameryki, słuch o Darku zaginął. Podobno pływał na kutrach rybackich, żeby móc zarobić pieniądze na powrót do Polski.

Odnalazł się w Ełku, gdzie kontynuował studia i odkrywał na nowo powołanie do kapłaństwa. Będąc wikariuszem w parafii św. Antoniego w Sokółce jeździliśmy z młodzieżą na Jego święcenia diakońskie. Na wakacjach zaprosiłem Darka na kolonie "Caritas" do Skrzypek. Przyjechał chętnie, a dzieci znalazły w nim najlepszego przyjaciela. Pamiętam, że nazywały go "ksiądz - burza hula" od słów piosenki, której ich uczył. A kiedy wraz z harcerzami byliśmy w Giżycku, On właśnie wrócił z wyprawy kajakowej po norweskich fiordach. Opowiadał z przejęciem o przygodach, które przeżył na trasie i planował kolejną wyprawę.

Dopiero dzisiaj uświadamiamy sobie, jak kochał przyrodę, jak była Mu bliska. W swoim pamiętniku napisał: "Jak mały jest człowiek wobec żywiołów? One uczą człowieka pokory. Bóg jest Stwórcą tych żywiołów. One świadczą o Jego potędze. Kocham morze, kocham wyprawy". Po 18 dniach spędzonych w kajaku na Bajkale stwierdził: "Wrażeń w pamięci moc. Radość i zmęczenie. Czy warto było to robić? Warto. Dlaczego akurat Bajkał? Nie wiem. (...) Lubię to. Nie wiem, dlaczego. Rozum jest mały, by pojąć takie rzeczy. Czy marzenia można zmieścić tylko w logice? Na pewno nie. Dziękuję Bogu, że pozwolił mi spełnić to marzenie. Chwalę Go za misterium przyrody Bajkału i chyba to w życiu jest najważniejsze..."

Płynąc w roku 2003 rzeką Leną zanotował: "Życie jest przecież po to, aby żyć". Żył więc jak potrafił najlepiej, w wolnych chwilach planując kolejne wyprawy. Kiedy wyruszył na podbój gruzińskiego szczytu nie wiedział, że jest to ostatnia misja. Wrócił w trumnie do swej rodzinnej parafii żegnany przez kilkuset księży i tłumy wiernych z parafii, w których pracował. Jego doczesne szczątki spoczęły na cmentarzu parafialnym wśród innych kapłanów.

Kiedy parę dni temu odwiedzałem cmentarz otulony śniegowym płaszczem, wokół miejsca pochówku nadal widać mnóstwo kwiatów i zniczy. A nad nimi góruje ogromne serce z fragmentami wspomnień młodzieży rozdartej po stracie kapłana, przyjaciela, kogoś bardzo bliskiego.

Wśród wielu wypowiedzi na forum internetowym można było przeczytać: "Księże Darku! Jesteś w drodze na szczyt. Cóż my też w tej drodze, choć nasze szczyty mniejsze... niższe.. Ale idziemy. Ty już doszedłeś, my jeszcze idziemy. Poczekaj na nas !!!".

Zakończyła się ziemska wędrówka niezwykłego kapłana. Z uśmiechem na twarzy niósł innym Chrystusa stawiając sobie nowe wyzwania. Takim Go zapamiętam...

Olo