lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
KWIECIEŃ 2006
nr 4/2006

Trójlistna koniczynka

Św. Patryk nie ma sobie równych w Panteonie bohaterów narodowych Irlandii chociaż paradoksalnie pochodził z Walii lub Szkocji. Kiedy w wieku 16 lat został uprowadzony przez irlandzkich piratów i sprzedany niejakiemu Miliuccowi, nie znał nawet języka, w którym miał później głosić Ewangelię. Trudno jednocześnie przypuszczać aby polubił od razu swoją nową ojczyznę. Ten chłopak z dobrej rodziny, wychuchany i już nieco poduczony w duchu późnego Imperium Rzymskiego, znalazł się nagle na samym dole hierarchii społecznej, na domiar złego wśród pogańskich Celtów. Bo kimże jest pastuch, dzielący żywot powierzonego sobie stada. Jedyną pociechą była dla niego wiara, która rosła tym szybciej im bardziej był głodny, zziębnięty, czy upokorzony. - Odmawiałem nawet do stu modlitw dziennie i niemal tyle samo nocą - zwierzy się po latach. Jak pokaże czas, nie było to bynajmniej mechaniczne powtarzanie wyuczonych w dzieciństwie pacierzy. Gdy po sześciu latach zdołał zbiec z Irlandii, nie przypuszczał, że kiedykolwiek do niej wróci.

Pewnej nocy, już w rodzinnym domu, przyśnił mu się jednak dawny towarzysz niedoli o imieniu Wiktor. Przekazał Patrykowi plik listów od Irlandczyków, którzy domagali się jego powrotu. Ktoś inny miałby pewnie trudności z interpretacją tego snu, lecz on oświecony łaską z wysoka zrozumiał, że mieszkańcy sąsiedniej wyspy spragnieni są wiary chrześcijańskiej.

Sporo czasu przygotowywał się do głoszenia Ewangelii w różnych galijskich klasztorach. Wreszcie wyświęcony na biskupa wylądował ponownie na irlandzkiej ziemi. Wielokrotnie przemierzył kraj wzdłuż i wszerz. Przekonywał do nowej doktryny, udzielał chrztu, wyświęcał biskupów i kapłanów. W swoim nauczaniu odwoływał się często do lokalnych wierzeń i magicznych praktyk, które traktował jako swoiste wprowadzenie do chrześcijaństwa. Argumentów dostarczała także bogata przyroda. Jeśli trójlistna koniczynka jest dzisiaj symbolem Irlandii, to tylko dlatego, że św. Patryk tłumaczył na jej przykładzie tajemnicę Trójcy Świętej.

Jego misjonarskie trudy przyniosły jeszcze jeden efekt. Na wyspie, podzielonej na domeny różnych królów, panowała mentalność trybalna: małe zamknięte społeczności żyły własnym życiem, okazując sobie wzajemnie nieufność, która co pewien czas przeradzała się w agresję. Pod wpływem nowej, wspólnej dla wszystkich religii, ludzie zaczęli nabierać świadomości, że są w gruncie rzeczy tym samym narodem. Jednoczyła ich także osoba św. Patryka.

Wszystkie miejsca związane ze Świętym są troskliwie pielęgnowane. Można by je wymieniać w porządku chronologicznym bądź geograficznym, lecz najważniejsza jest bez wątpienia góra Croagh Patrick. Majestatyczna, o stożkowatym kształcie, wznosi się na samym skraju zatoki Clew u zachodnich wybrzeży kraju. Pomimo zaledwie 764 m wysokości, wierzchołek często przysłaniają chmury. Z kolei podczas burzy pioruny biczują bezlitośnie kamienisty masyw ze wszystkich stron. Pewnie dlatego w przekonaniu pogańskich Celtów górę zamieszkiwały złe duchy, a od nich najlepiej trzymać się z daleka. Patryk miał dotrzeć tutaj w pierwszą sobotę Wielkiego Postu 441 r., oświadczając zdumionym tubylcom, iż będzie modlił się i pościł na szczycie w intencji ich nawrócenia. Kiedy po 40 dniach zszedł na dół, miejscowi przyjęli go niemal jak pół boga. Nie miał więc najmniejszych problemów z przekonaniem ich do chrześcijaństwa.

Żeby wejść na Croagh Patrick, trzeba dojechać najpierw do miasteczka Westport w hrabstwie Mayo, połączonego zresztą doskonale z całym krajem; stąd już tylko 10 minut autobusem w kierunku wylotu zatoki Clew.

- Pielgrzymi podróżują za darmo - powiedział kierowca, gdy go poprosiłem o bilet. Przypomniało mi się, że kiedy byłem wikarym w Sokółce dwa razy w tygodniu brałem PKS, aby dojechać z lekcjami religii do wioski Geniusze. Nie zdarzyło się nigdy, żeby kierowca podwiózł mnie za darmo, choć zazwyczaj wiedział po co jadę. Może nie chciał ryzykować, bo czasy były wtedy komunistyczne.

Wysiadłem w Murrisku, dosłownie u stóp świętej góry. Mieścina liczy kilkadziesiąt domków rozrzuconych pomiędzy wzniesieniem i brzegiem zatoki. Są poza tym dwa puby, centrum pielgrzymkowe, ruiny średniowiecznego opactwa augustynianów oraz pomnik ku czci ofiar wielkiego głodu, który zdziesiątkował Irlandię w połowie XIX wieku. Dzięki doskonale rozwiniętemu systemowi "Bed & Brekfast" znalezienie kwatery nie sprawia najmniejszego problemu. Poza tym ludzie wręcz zaskakują swoją życzliwością.

Nazajutrz rano, pani domu przygotowała mi drewniany kostur. - Lepiej go zabrać ze sobą - powiedziała z nutą troski - na wyślizganych kamieniach łatwo o wypadek. W dodatku mżyło niemiłosiernie, a sam szczyt góry był praktycznie niewidoczny. Nauczony skautowskim doświadczeniem, przystanąłem obok kamiennej figury św. Patryka na samym początku szlaku, aby do kogoś dołączyć. Chwilę później wędrowaliśmy już razem z Jamesem. Mój towarzysz, sześćdziesięcioletni inżynier z Dublina przyjechał, żeby pomodlić się w intencji córki, która niedawno wyszła za mąż. Nie pamiętał, ile już razy wchodził na świętą górę. - Po prostu co pewien czas czuję taką potrzebę - tłumaczył się nieco zażenowany moją dociekliwością. Najbardziej uroczyste pielgrzymki odbywają się w ostatnią niedzielę lipca. Przybywa tu wtedy nawet do 50 tysięcy osób, ale i w dni powszednie ludzi nie brakuje.

W międzyczasie wyprzedziły nas trzy młode kobiety. Przejeżdżały obok, zobaczyły drogowskaz, więc postanowiły wejść na górę. Ładnie ubrane, makijaż, buty na koturnach, prezentowały się nieco egzotycznie w górskiej scenerii. Pomimo tego z determinacją posuwały się do przodu.

Co chwila spoglądałem za siebie na wydłużający się łańcuszek pielgrzymów. Szli pojedyńczo i w kilkuosobowych grupach, często całymi rodzinami. Z twarzy emanowała atmosfera powagi i święta, jak na niedzielnej Mszy. Do dzisiaj mam w pamięci kobietę około trzydziestki, która w towarzystwie męża, wędrowała boso po ostrych kamieniach. Co kilka kroków powtarzała - dzięki Ci Jezu - i dotykała ręką ziemi. To umartwienie przeplatające się z dziękczynieniem było jak najbardziej w stylu św. Patryka. - Mówcie zawsze Kyrie eleison i Deo Gratias - zachęcał on często neofitów. Każdy człowiek ma bowiem za co dziękować Bogu i nie mniej powodów, aby prosić Go o przebaczenie.

Po dwóch godzinach dotarliśmy z Jamesem do celu. Wierzchołek góry jest o wiele bardziej spłaszczony niż mogłoby się wydawać z dołu. Dzięki temu możliwe było wybudowanie pokaźnych rozmiarów kaplicy oraz przylegającego do niej ołtarza polowego. Tuż obok znajduje się głaz z napisem "łoże św. Patryka". Na tym relikcie o wątpliwej autentyczności historycznej, przysiadł sobie właśnie gawron. Poruszając gwałtownie skrzydłami, walczył z porwistym wiatrem, aby utrzymać się w miejscu. Liczył najwyraźniej na jakiś kąsek, bo ludzie zawsze coś po sobie zostawią.

Zastanawiałem się w jaki sposób Święty mógł wytrzymać w tym miejscu o głodzie, chłodzie i deszczu aż czterdzieści dni. Miał jednak to, czego często brakuje współczesnemu człowiekowi: niezachwianą wiarę w Boga. Dzięki niej nie załamał się w różnych, po ludzku biorąc, dramatycznych okolicznościach. Oddaje to dobrze jego modlitwa, nazywana Pancerzem św. Patryka: "Niech Chrystus strzeże mnie dzisiaj od trucizny, od ognia, od wody, od ran, abym otrzymał obfitą nagrodę. Niech Chrystus będzie ze mną, przede mną i za mną; niech będzie we mnie, pode mną, nade mną; niech będzie po mojej prawicy i po lewicy; niech będzie tam, gdzie leżę, gdzie siedzę, gdzie wstaję; niech będzie w sercu każdego, kto o mnie myśli, w ustach każdego, kto o mnie mówi, w każdym oku, które na mnie patrzy, w każdym uchu, które mnie słucha".

Atmosfera świętej góry niemal przymusza do refleksji nad geniuszem i bliskością Stwórcy. Wystarczy wyciszyć się przez chwilę, popatrzeć na malowniczą zatokę Clew usianą setkami wysepek, bądź na przechodzące niemal nad samą głową chmury. Jednak czy pielgrzymi mają na to czas? Zrobią trochę zdjęć, pomodlą się chwilę w kaplicy i zaraz ruszają w dół, żeby jak najszybciej wrócić do swoich zajęć.

Ta pielgrzymkowa religijność to wcale nie mało w dzisiejszym świecie, jednak irlandzcy duszpasterze biją na alarm. Arcybiskup Dublina Diarmuid Martin pyta się wprost - czy w 2030 roku Irlandia będzie jeszcze chrześcijańska? Widać gołym okiem, jak razem z dobrobytem postępuje proces laicyzacji. - Pod względem uczestnictwa w niedzielnej Mszy Świętej spadliśmy na drugie miejsce za Polską - narzeka arcybiskup. Trzeba do tego dodać dramatyczny brak powołań, skandale wywołane przez niektórych duchownych, a także żądania liberalizacji aborcji. Jednak podczas przypadającego 17 marca każdego roku "Dnia św. Patryka", fetują wszyscy bez wyjątku, wystarczy, że w żyłach płynie chociaż kropla irlandzkiej krwi. Nikt nie ma wątpliwości, że historia Irlandii zaczęła się tak naprawdę od niego.

K. N.