lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
KWIECIEŃ 2006
nr 4/2006

Eksperci, czyli autorytety

W XX stuleciu na społecznym firmamencie świata zabłysła nowa konstelacja gwiazd - autorytety. Nie chodziło o autorytety z jakichś dziedzin nauki czy sztuki, lecz o tzw. autorytety moralne oraz intelektualne. O czym się owe autorytety wypowiadały i dlaczego w ogóle były autorytetami? Otóż, tzw. autorytatywne wypowiedzi autorytetów dotyczyły (i dotyczą): faszyzmu (jako zjawiska bardzo groźnego i - oczywiście - prawicowego), nacjonalizmu, antysemityzmu, rasizmu, klerykalizmu, integryzmu, fundamentalizmu (szczególnie religijnego), ksenofobii, nietolerancji, nienawiści, homofobii oraz skrajnej prawicy. To tylko niektóre zjawiska piętnowane przez autorytety jako elementy rzeczywistości bardzo złe. Według autorytetów i ich klakierów należy je bezwzględnie zwalczać. Autorytatywne enuncjacje autorytetów obracały się też wokół zjawisk zadekretowanych jako wysoce pozytywne i absolutnie pożądane. Chodziło (i chodzi) o: tolerancję, feminizm, aborcję na życzenie, rewolucję seksualną, sprawiedliwość społeczną, pluralizm, socjalizm, komunizm (zwłaszcza, gdy rządził Stalin), ekologię, prawa zwierząt i mniejszości seksualnych. Autorytety miały serce po lewej stronie i to zasadniczo decydowało o ich autorytatywnej pozycji. Gdyby bowiem jakiś naukowiec (choćby noblista), albo literat (choćby genialny) poparł np. generała Franco, a nie jego komunistycznych wrogów, zostałby okrzyknięty faszystą i reakcjonistą. Gdyby wybitny fizyk czy też filozof nie krytykował amerykańskiego imperializmu, a zamiast tego zwrócił uwagę na agresywną politykę sowiecką, zaraz okrzyknięto by go pachołkiem imperializmu i agentem CIA. Aby zasłużyć na miano autorytetu należało potępiać wojnę w Wietnamie i mówić o bratniej pomocy ZSRR na Węgrzech, w Czechosłowacji czy w Afganistanie; należało protestować przeciwko rozlokowaniu amerykańskich rakiet w Europie i chwalić sowiecką "walkę o pokój"; należało oburzać się na wyrzucenie z pracy aktora - komunisty (jeśli nawet nie agenta), a nie wolno było wspominać o GUŁAG-u!

To lewica mianowała autorytety, a kryterium bycia jednym z nich było posiadanie lewicowych poglądów. Jedną metod działania autorytetów były grupowe apele i listy otwarte. Media je nagłaśniały, a świat wiedział, że autorytety przemówiły jednym głosem. W Polsce również autorytety wypowiadały się prawidłowo i grupowo. Jak nie potępiano warchołów czy elementów antysocjalistycznych, to piętnowano amerykański imperializm.

To się nie skończyło. Nie tak dawno grupa wybitnych autorytetów prawniczych wystosowała list otwarty do ministra sprawiedliwości. Grupa autorytetów ekonomicznych zbiorowo poparła szefa NBP.

Można rzec; autorytety wiecznie żywe.

ks. Marek Czech