lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MARZEC 2006
nr 3/2006

Czy można nie zaufać znakom?

Tajemnica Bożego Miłosierdzia jest niezgłębiona w treści i niewyczerpana w bogactwie swych łask. Działanie tegoż Miłosierdzia bywa pełne niespodzianek i zwykłych na pozór przypadków, które z czasem zyskują wymowę znaków, skłaniającą do refleksji i zadumy. Interpretując się wzajemnie, odsłaniają ukryte w nich przesłanie, że tylko Boże Miłosierdzie nie opuszcza nigdy nas. Nie opuszcza i przygarnia w odpowiedzi na naszą ufność.

Niestrudzonym apostołem niezachwianej ufności w moc Miłosierdzia Bożego był i pozostaje szczególnie nam bliski czcigodny Sługa Boży ks. Michał Sopoćko. Zastanawiając się nad kolejami jego życia, gorliwością kapłańskiego posługiwania i brzemiennością dokonań, nie sposób oprzeć się przekonaniu, że jego apostolski trud nie przeminął wraz z jego śmiercią, lecz właśnie teraz wydaje plon. Ciągi znamiennych wydarzeń, nie pozwalają wątpić, że w przedziwny sposób nadal interweniuje zza światów w sprawach dla niego ważnych, zbawiennych dla nas. I te właśnie interwencje dają się odczytać jako znaki na głębi miłosiernych Bożych zamysłów, ogarniających ludzki świat.

Archidiecezja Białostocka wytrwale modli się i czeka na definitywny wynik procesu beatyfikacyjnego, zamkniętego na szczeblu lokalnym niespełna 13 lat temu. Wciąż się wydłuża lista wydarzeń, których wymowa pozbawia je znamion przypadkowości. Odczytywane jako przesłanki prowadzą do wniosku, że kieruje nimi niewidzialna, miłosierna ręka. Dają zbyt wiele do myślenia, by wolno było je lekceważyć1.

Spodziewam się, że łaskawy Czytelnik wybaczy mi osobiste momenty w tym, co zamierzam napisać. Nie unikam ich dlatego, ażeby nie wzbudzać sztucznego dystansowania się od rzeczywistości, o której trudno mówić bez osobistego zaangażowania. Tym bardziej, iż pewne rzeczy najlepiej dają się wypowiedzieć w sposób autentyczny z pozycji uczestnika i świadka.

Księdza Sopoćkę znałem osobiście i z bliska, ze względu na jego bezpośredni udział w mojej formacji kapłańskiej. Czy jest powód, dla którego miałbym milczeć o tym, co uważam za wielką łaskę Bożego Miłosierdzia? Uczestniczyłem w procesie beatyfikacyjnym o stwierdzenie zarówno heroizmu jego cnót, jak i przypisywanego mu cudu. Miałem nie tylko okazję, ale i obowiązek całościowego zapoznania się z jego życiorysem, działalnością i formatem kapłańskiej osobowości. Dużo o nim pisałem w kontekście Tajemnicy Bożego Miłosierdzia, w oparciu o wiedzę źródłową i własne przemyślenia, nie pozbawione "wyobraźni Miłosierdzia", której nie mam zamiaru się wypierać. Kilkadziesiąt wydanych drukiem pozycji zostawiam ocenie tych, którzy zaszczycą mnie ich lekturą. Quod scripsi, scripsi, ufając, że i ta lista nie jest jeszcze zamknięta.

Niedawno przygotowałem na nowo do ewentualnego druku książkę Białostockie ślady Sługi Bożego księdza Michała Sopoćki. Myślałem, że uda się opublikować ją wcześniej, ale się nie udało. Cóż, nie ma tego złego... Poprawiłem, zaktualizowałem i poszerzyłem tekst, zamieściłem więcej fotografii. Myślałem przy tym o księdzu Sopoćce - o nim samym i o jego dziele, o wpływie na lokalne środowisko, skupiając się na ostatnim, białostockim okresie jego życia i trudu. Wciąż jeszcze nie wiem do końca, czy i jak powiedzie mi się z wydaniem. Póki co, tę sprawę wydania powierzyłem Słudze Bożemu, ufając jego wypróbowanej pomocy.

Trudno się dziwić, że w białostockim środowisku, prawie tak często jak modlitwę o beatyfikację, daje się słyszeć pytanie: Kiedy ksiądz Sopoćko zostanie wyniesiony na ołtarze? Odpowiada się zwykle, że po przeprowadzeniu w diecezji procesów o stwierdzenie heroizmu życia i cnót Sługi Bożego, a następnie cudu za jego przyczyną, ostateczna decyzja należy do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Ważne, że w grudniu 2004 roku Jan Paweł II ogłosił dekret O heroiczności cnót Sługi Bożego, co oznacza pomyślny finał podstawowego dochodzenia. Zakończony pół roku wcześniej proces o stwierdzenie cudu wciąż czeka na decyzję Kongregacji.

Tak się złożyło, że w ostatnich tygodniach pisałem o genezie i charyzmacie Zgromadzenia Sióstr Służebnic Jezusa w Eucharystii, założonego w 1924 roku przez biskupa wileńskiego, błogosławionego Jerzego Matulewicza. Skłoniło mnie do tego przesłanie Roku Eucharystycznego, w którym miałem sposobność nawiedzić grób błogosławionego Założyciela w Mariampolu. Jego postać interesowała mnie od dawna nie tylko ze względu na swój format jako pasterza Kościoła, ale i dlatego, że to on wyraził wolę powrotu księdza Sopoćki z Warszawy do Wilna. Nie da się przecenić znaczenia tego momentu dla kultu Miłosierdzia Bożego. W Wilnie, jak wiemy, ksiądz Sopoćko został kierownikiem świętej Faustyny, a później przejął zlecone jej posłannictwo. Tajemnica communicatio sanctorum już tutaj na ziemi. Potrzebna mi była fotografia biskupa Jerzego do zamieszczenia w biograficznej części wspomnianych Śladów. I tym razem, w przeddzień jego liturgicznego dnia, pomógł mi ją znaleźć przypadek. Nie darmo mówi się o humorze Świętych.

Sługa Boży Ks. Michał SopoćkoDnia 27 stycznia 2006 roku, w ostatnim dniu sesji egzaminacyjnej na zakończenie pierwszego semestru, uczestniczyłem w koncelebrze Mszy o błogosławionym biskupie Jerzym Matulewiczu, z udziałem alumnów. Jeden z nich przedstawił we wprowadzeniu postać patrona dnia. I znowu pomyślałem o znaczeniu i konsekwencjach jego decyzji co do powrotu księdza Sopoćki do macierzystej diecezji: jak potoczyłaby się sprawa objawień siostry Faustyny i zleconej jej misji, gdyby nie "pomoc widzialna" dana jej przez Boga w osobie Sługi Bożego?

W południe skończył się definitywnie czas egzaminów i dla alumnów zaczynały się kilkudniowe ferie. Przed wyjazdem złożyli życzenia imieninowe jutrzejszym solenizantom, profesorom Tomaszom: księdzu Gierałtowskiemu i księdzu Powichrowskiemu. Ogół profesorów solenizanci podejmowali imieninowym obiadem. W ten sposób chcieli uczcić przyjęcie do profesorskiego gremium AWSD, w którym przez długie lata uczestniczył ksiądz Michał Sopoćko2. Oni znali go już tylko ze słyszenia.

Po obiedzie mieliśmy Radę Księży Profesorów. Ksiądz Arcybiskup Wojciech Ziemba rozpoczął ją modlitwą, którą zakończył wezwaniem do patrona dnia, swego wileńskiego poprzednika. Wskutek tego biskup Jerzy patronował również naszemu spotkaniu. Obrady skupiały się zasadniczo na dwóch punktach: omówieniu wyników egzaminów i dopuszczeniu do posług. Trwały długo ze względu na dużą liczbę omawianych podmiotów. Wcześniej Ksiądz Arcybiskup poinformował profesorów, że Archidiecezja otrzymała dziś z Rzymu sporych rozmiarów druk, wydany w formie książki przez Kongregację do Spraw Świętych.

Jego zawartość stanowi kwintesencję materiału dowodowego w procesie dotyczącym cudu, przypisywanego wstawiennictwu księdza Sopoćki. Najpewniejszy dowód, że postępowanie w Kongregacji nie stanęło w miejscu, lecz dokonał się kolejny, istotny jego etap. Jeżeli Kongregacja zaaprobuje nasze diecezjalne dochodzenie super asserto miro, nic już nie będzie stało na przeszkodzie do aktu beatyfikacji.

W swoim przemówieniu na zakończenie Rady ksiądz Arcybiskup sporo uwagi poświęcił księdzu Sopoćce. Przypomniał, że czcigodny Sługa Boży praktycznie był zawsze związany z naszym Seminarium Duchownym, poświęcając formacji kapłańskiej niezwykle dużo trudu i serca. Seminarium z kolei brało czynny udział w jego procesie beatyfikacyjnym i powinno być zainteresowane jego pomyślnym wynikiem. Należy nadal podtrzymywać więź duchową ze Sługą Bożym i czerpać z niej cenne wartości kapłańskiego życia i posługi.

Słów Arcypasterza słuchałem ze zrozumieniem i wdzięcznością: odzwierciedlały zarówno prawdziwy stan rzeczy, jak też dokładnie odpowiadały temu, co w tej chwili myślałem i czułem. Zastanawiałem się, jaki będzie werdykt Kongregacji. Co więc nam pozostaje?

- Modlić się i czekać - odpowiedział Metropolita.

Gdy wyszliśmy z pokoju profesorów, Seminarium już opustoszało z alumnów. Przyjeżdżali maturzyści na swoje rekolekcje powołaniowe, które miały zacząć się wieczorem. Zamieniłem parę zdań z wicerektorem, księdzem Andrzejem Proniewskim, nawiązując do słów Metropolity wypowiedzianych na zakończenie Rady. Trudno mi było powstrzymać się od wyznania, że w dużej mierze pokrywały się z tym, co na ten temat nieraz myślałem, mówiłem i pisałem. Mimochodem wspomniałem o gotowych do druku Białostockich śladach Księdza Sopoćki, jak też o tym, że słowo wstępne ma napisać znany i ceniony literat białostocki, Mieczysław Czajkowski. Wicerektor z właściwą sobie uprzejmością okazał zainteresowanie moją pracą i wspomniał o inicjatywie wydawniczej, jaką ma nasze Seminarium. Dostarczyłem mu wydruk, który akurat miałem pod ręką. Obiecał zapoznać się z tekstem i zorientować się co do ewentualnego wydania. Wyszło trochę tak, jak z naszym procesem super asserto miro: trzeba czekać na decyzję wyższej instancji. Jakkolwiek będzie brzmiała, ważna już jest sama próba i dobra wola otoczenia. Tak czy inaczej, było to konkretne i budzące nadzieję moje podejście do publikacji Śladów drukiem.

Wydarzenia dnia, w moim odczuciu nośne i brzemienne treścią, toczyły się zbyt szybko, abym przy moim zwolnionym trybie życia mógł się w nich połapać in instanti. Potrzebowałem pewnego czasu i dystansu, aby jakoś zdyscyplinować swoje myśli i uczucia, które od rana nabierały tempa. Zdominowało je przekonanie, że promienie Miłosierdzia sięgają w nasze codzienne sprawy o wiele głębiej niż nam się wydaje. Tajemnicze znaki zupełnie nieoczekiwanie umacniają ufną nadzieję, że ogarnia i przygarnia nas Boże Miłosierdzie. W takich chwilach trudno oprzeć się wrażeniu, że jego żarliwy apostoł, ksiądz Sopoćko, stale pamięta o drogim sobie środowisku i w różny sposób przychodzi mu z pomocą. Wspiera z nieba jego zbożne, wielkie i małe inicjatywy, jako że miłość miłosierna nigdy nie ustaje i daje znać o sobie tak długo, jak długo jest potrzebna i oczekiwana.

Jan Paweł II apelował w Krakowie o "wyobraźnię Miłosierdzia", niezbędną, aby doświadczyć go w jego zbawczej prawdzie i mocy, przyjmując wobec niego postawę ufną, otwartą i służebną. Taka wyobraźnia, będąca sama w sobie dziełem miłosiernej miłości Bożej, uwrażliwia na jej znaki w otaczającej rzeczywistości i w drobnych najczęściej zdarzeniach, z jakich na ogół składa się nasze życie. Dzięki niej ksiądz Sopoćko potrafił w niepozornej zakonnicy rozpoznać duszę wybraną przez Boga do wielkiej misji i wziął cały jej ciężar na siebie. Dziś miliony ludzi na świecie czerpią z niej nadzieję i ufność, łaskę nawrócenia i życia w świętości.

Wszystko, co kochał, czym żył i czemu służył jako apostoł tej wielkiej idei, odkrył w "darze i tajemnicy" Kapłaństwa. Stąd bierze się jego tożsamość kapłańska, wyrażająca się w świętości życia i gorliwości duszpasterskiej, jako odpowiedź na dar powołania. Ceniąc ten dar nade wszystko, będąc wierny otrzymanej łasce zrozumiał, że stawać się prawdziwie kapłanem według Serca Bożego, to stawać się tym samym sługą Bożego Miłosierdzia. Czy może być inaczej, skoro się uczestniczy w jedynym Kapłaństwie Miłosiernego Zbawiciela? W tej prawdzie należy szukać klucza do jego umiłowania charyzmatu kapłaństwa, formacyjnego trudu oraz do więzi z Seminarium Duchownym silniejszej niż śmierć.

Formalna więź Księdza Sopoćki z AWSD ustała, gdy nie miał już sił do spełniania etatowych obowiązków formacyjnych. Dopóki jednak biło jego serce, biło zawsze rytmem wspólnym z "sercem diecezji", jak ostatni Sobór nazywa Seminarium Duchowne. Dlatego zawsze żywo interesował się jego pracą, odwiedzał kiedy tylko mógł, uczestniczył w jego życiu, obchodził w nim swe kapłańskie jubileusze, łączył z nim swoje nadzieje apostolskie. Wierzył głęboko, że solidna praca formacyjna ze swej natury wychowuje tych, którzy przez tożsamość kapłańską i duszpasterską gorliwość będą sługami Miłosierdzia. Wystarczy przypomnieć jego wysiłki u kresu życia, kiedy w obawie o przyszłość swej apostolskiej idei, starał się pozyskać dla niej Seminarium Duchowne. Prosił gorąco profesorów, by nie pozwolili jej umrzeć razem z nim, żarliwie przekonywał do niej alumnów. Nie spotykał się z entuzjazmem, a jednak nie zniechęcał się, ufał bliskiemu sobie środowisku.

Trudny zasiew nie pozostał daremny. Jak to zwykle bywa, dopiero po śmierci wzrosło zainteresowanie życiem księdza Sopoćki, jego dokonaniami, bogactwem spuścizny literackiej. Kiedy Jan Paweł II zapalił zielone światło dla jego apostolskiego dzieła, w Archidiecezji zaczął się swobodnie szerzyć kult Miłosierdzia Bożego. Biskup Edward Kisiel wszczął proces beatyfikacyjny, który został przeprowadzony głównie siłami profesorów AWSD. Dochodzenie super asserto miro dokonało się wyłącznie dzięki ich zaangażowaniu.

I oto w dniu błogosławionego biskupa Jerzego, profesorowie Seminarium dowiedzieli się, że opracowany już został ogromnej wagi dokument Kongregacji do Spraw Świętych, świadczący o tym, że w Stolicy Apostolskiej toczy się postępowanie zmierzające do beatyfikacji.

Czy nie są to znaki, których znaczenia nie da się jeszcze odczytać w pełni, lecz nie sposób zanegować ich wymowy? Przedziwne znaki Czegoś, co "czuje się sercem, choć nie widzi okiem", co nie daje się dokładnie zdefiniować słowami, mimo że mówi tak wiele. Tak jest zawsze, gdy stajemy w obliczu Tajemnicy nigdy nie zgłębionej do końca w swoim bogactwie, która przemawia nie tyle do rozumu, ile do serca, będącego organem mądrości. Ożywia wiarę, umacnia ufność w potęgę miłosiernej miłości Bożej.

Miałem o czym myśleć u schyłku dnia brzemiennego w znaki, wywołujące tak wiele skojarzeń. Myśli i refleksje powoli układały się w jakiś porządek, wiązały się ze sobą w świetle Promieni Miłosierdzia, padających na białostockie AWSD, które było i pozostaje bliskie sercu Sługi Bożego. Kilkoma z nich postanowiłem podzielić się z tymi, których być może zainteresują. Wszyscy mamy prawo do Miłosierdzia, włącznie z tymi, którzy mają niekiedy odwagę coś o nim także napisać z pozycji osobistego świadectwa.

ks. Stanisław Strzelecki

1 Kiedy zacząłem pisać te słowa, media doniosły o tragicznej katastrofie, jaka miała miejsce poprzedniego dnia w Katowicach. Pociągnęła za sobą śmierć kilkudziesięciu osób i ogrom cierpienia innych. Podobne, być może dużo większe nieszczęście ominęło Białystok, gdy w centrum miasta przed kilkunastoma laty wykoleił się pociąg z ciekłym chlorem. Ocalenie miasta od tragedii upamiętnia Krzyż na miejscu wydarzenia i doroczny obchód dziękczynny.

2 Ośmielę się nadmienić, że jego pracy formacyjnej w AWSD poświęciłem książki: Wkład księdza Michała Sopoćki w formację duchowieństwa, Białystok 1983 i Ksiądz Michał Sopoćko, jakiego znałem i pamiętam, Warszawa 2004.