lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MARZEC 2006
nr 3/2006

Ewangelia w obrazie

On jest obrazem Boga niewidzialnego (Kol 1,15)

Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca (J 14,9)

Jezus. Syn Boży. Jaki On jest?

Czytam Ewangelię, bo w niej każdy fragment rysuje mi coraz więcej szczegółów tej drogiej mi Osoby. Spoglądam także na obraz w kaplicy i zastanawiam się, dlaczego Jezus prosił s. Faustynę o namalowanie tego obrazu? Przecież tyle Jego wizerunków już wtedy istniało.

A On odpowiada: Podaję ludziom naczynie, z którym mają przychodzić po łaski do źródła miłosierdzia. Tym naczyniem jest ten obraz z podpisem: 'Jezu, ufam Tobie' (Dz. 327).

Tyle sposobów Bóg nam już dał, by czerpać Jego łaski. Przede wszystkim sakramenty, a także modlitwę, praktykowaną na różny sposób, i mówił: Proście, a będzie wam dane (Mt 7,7). Dlaczego więc prosi o obraz? A może po prostu Bóg wychodzi naprzeciw mojej ludzkiej naturze i mojej słabości. Bym łatwiej pojęła Jego Ewangelię, by Jego Słowo może szybciej docierało do mojego serca. Bo przecież Jezus z obrazu, to ten sam co w Ewangelii.

To przede wszystkim Jezus Zmartwychwstały, który przyszedł do zalęknionych uczniów zamkniętych w Wieczerniku. Przyszedł właśnie do takich słabych, ukrywających się. Nie wzgardził nimi, wiedział, że Go bardzo potrzebują.

Tak więc wpatrując się w Jezusa na obrazie widzę, że On idzie, idzie w moją stronę. Przychodzi do mnie, też tak często zalęknionej i mówi: "Pokój tobie" (por. J 20,19). Wyciąga dłoń, by mi błogosławić. On przecież chce jedynie mojego dobra. Nie chce wzbudzać we mnie lęku, nie chce karać, ale przynosi pokój. Jakby chciał jeszcze powiedzieć: Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu; tyś moim! (Iz 43,1). Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! (Mt 14,27).

Nieraz też, gdy spoglądam na Jego prawą dłoń przypomina mi się moment, gdy Piotr szedł po jeziorze do Jezusa, zaczął tonąć, a Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go (Mt 14,31). Wydaje mi się wtedy, że tym gestem otwartej i uniesionej ręki jakby wyrażał gotowość, aby gdy tylko to będzie potrzebne, gdy tylko zawołam: Panie ratuj mnie! (Mt 14,30), On uchwyci moją dłoń i przyciągnie ku sobie.

Natomiast wzrok Jezusa na obrazie jest spuszczony. Czyżby nie chciał się na mnie patrzeć? To może ja Go jednak nie interesuję? Nie. On patrzy na mnie, ale zauważyć to mogę dopiero, gdy klęknę u Jego stóp, u stóp mego Pana, jak Maria z Betanii, która słuchała Jego słów, jak jawnogrzesznica, która upadła przed Nim przytłoczona swoim grzechem, ale przede wszystkim jak Maryja stojąca u stóp krzyża. Jezus powiedział przecież Faustynie: Spojrzenie moje z tego obrazu jest takie jako spojrzenie z krzyża (Dz. 326). Jezus z wysokości krzyża patrzy na mnie z wielką miłością. Bo przecież Jego cierpienie i śmierć jest wyrazem ogromnej i szalonej miłości do mnie. Ale, gdy zdarzy mi się odejść od Jego stóp, gdy zaplączę się w ciernie grzechu, Jego oczy, to oczy szukającego mnie Dobrego Pasterza, który nigdy ze mnie nie zrezygnuje.

Jego serce jest przecież zawsze otwarte dla mnie. Poprzez ten obraz Jezus chce mnie przekonać o tym. Uchyla szaty na piersi i pokazuje mi swoje serce przebite włócznią na krzyżu. Serce to jest całe jaśniejące jakby płonęło. A Jezus woła: Palą mnie płomienie miłosierdzia, pragnę je wylewać na dusze ludzkie (Dz. 1074). On czeka na moje pragnienie, na moje zezwolenie, by mógł zalać mnie ogromem swojej miłości, swego miłosierdzia.

Z przebitego serca na krzyżu wypłynęła krew i woda (J 19,34). Na obrazie ukazują to promienie, które spieszą aby przynieść mi niezliczone ilości łask, by objąć cały świat. S. Faustyna zanotowała takie wyjaśnienie Chrystusa: Te dwa promienie oznaczają krew i wodę - blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia dusze; czerwony promień oznacza krew, która jest życiem dusz…

Te dwa promienie wyszły z wnętrzności miłosierdzia mojego wówczas, kiedy konające serce moje zostało włócznią otwarte na krzyżu.

Te promienie osłaniają dusze przed zagniewaniem Ojca mojego. Szczęśliwy, kto w ich cieniu żyć będzie, bo nie dosięgnie go sprawiedliwa ręka Boga (Dz. 299).

Żyć w cieniu Jego promieni, jakby w namiocie chroniącym mnie przed złem. Pozwolić, aby On mnie oczyszczał i umacniał w sakramentach (które te promienie oznaczają)1.

Jezu, nie pozwól mi odejść od źródła Twego Miłosierdzia, nie pozwól mi odejść od Ciebie.

s. Estera Rudź, ZSJM

1 Ks. Sopoćko tak pisał: "Biały promień oznacza wodę, która usprawiedliwia duszę przez łaski oczyszczające ją od grzechów (sakrament chrztu i pokuty), a czerwony promień oznacza krew, która jest życiem duszy przez łaski, podtrzymujące świętość i pomnażające ją (wszystkie inne sakramenty)". O Święto Najmiłosierniejszego Zbawiciela, Poznań 1947, s. 8-9.