lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
GRUDZIEŃ 2005
nr 12/2005

Ks. Tomasz Kaliński - proboszcz Międzyrzecza

Ks. Tomasz KalińskiKolejnym kapłanem, który zginął w czasie II wojny światowej, był ks. Tomasz Kaliński. Urodził się on 20 III 1892 r. w miasteczku Krynki w powiecie grodzieńskim. Jego rodzicami byli Kazimierz i Marianna z Olejzarowiczów. Uczył się najpierw w szkole gminnej w Krynkach. O dalszych naukach w swoim życiorysie napisał: "Gimnazjalne wykształcenie zdobywałem, jako Polak, z wielkim przeszkodami, częściowo w gimnazjum grodzieńskim, częściowo zaś prywatnie, a dokończyłem go w seminarium duchownym. Kształcąc się w Grodnie, języka ojczystego i historii uczyłem się osobiście u ś.p. Elizy Orzeszkowej i w jej szkole konspiracyjnej. Z tej racji zmuszony byłem częstokroć zmieniać mieszkania, aby uniknąć podejrzeń żandarmerii rosyjskiej. Jako uczeń brałem już udział w uświadamianiu narodowym ludu wiejskiego. Ta ostatnia praca zespoliła mię z PPS, którego idee ówczesne były czysto patriotyczne".

Z racji na trudne warunki materialne przerwał w 1908 r. naukę. Oddał się pracy patriotycznej i tajnemu nauczaniu. Zakładał ośrodki tajnego nauczania w okolicach Krynek. W 1909 r. osiadł we wsi Rusaki i przez rok prowadził tajne nauczanie dzieci, wieczorami zaś pogadanki dla starszych, mające na celu uświadomienie narodowe. Ponieważ tropiła go carska żandarmeria opuścił Rusaki i osiadł w Sosnowiku w gminie Szudziałowo, gdzie do 1912 r. prowadził podobną pracę jak w poprzednim miejscu. W latach 1911-1913 ukończył szkołę miejską w Sokółce. Po jej ukończeniu wstąpił do Seminarium Duchownego w Wilnie. W sierpniu 1915 r., przed wkroczeniem Niemców, wyjechał do Bobrujska, gdzie przez jakiś czas pracował jako instruktor w Centralnym Komitecie Obywatelskim Królestwa Polskiego. W 1917 r. rozpoczął naukę w Seminarium Duchownym w Żytomierzu, a w maju następnego roku wrócił do kraju. W tym też roku przyjął święcenia diakońskie. Trudno jednak powiedzieć, czy w Żytomierzu czy w Wilnie. Jako diakon od grudnia 1918 do maja 1919 r. pracował w Sidrze. "Tam zakładałem szkoły polskie po wsiach - napisał po latach - prowadziłem kursy wieczorowe dla dorosłych, urządzałem odczyty i przedstawienia uświadamiające masy narodowościowo, brałem udział w rozbrajaniu Niemców i werbowałem chłopców do W. P. skierowując ich do Łap, gdzie się mieściła centrala werbunku". Udział w rozbrajaniu Niemców z pewnością polegał na zachęcaniu do tego młodzieży. Trzeba bowiem wiedzieć, że Sokólszczyznę wojska niemieckie opuściły dopiero wiosną 1919 r.

Święcenia kapłańskie z rąk biskupa wileńskiego Jerzego Matulewicza przyjął w 1919 r. i został naznaczony do pracy w parafii farnej w Grodnie w charakterze wikariusza. Był tu także kapelanem oratorium publicznego w Gimnazjum Męskim im. Adama Mickiewicza (1921-1923), prefektem Seminarium Nauczycielskiego męskiego i żeńskiego, a także w latach 1923-1926 rektorem kościoła pobrygidzkiego Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny, przy którym mieścił się klasztor Sióstr Nazaretanek. Zajmował się także harcerstwem jako komendant hufca grodzieńskiego. Był bardzo gorliwym i cenionym pracownkiem. Dziekan grodzieński i jednocześnie proboszcz parafii farnej ks. Leon Żebrowski starał się go zatrzymać jak najdłużej w swojej parafii.

W 1926 r. ks. Kaliński został proboszczem parafii Narewka, obejmującej wsie i miejscowości w Puszczy Białowieskiej i na jej obrzeżach. Liczyła ona poniżej 2 000 wiernych rozrzuconych na przestrzeni ok. 720 km2. Wieloletnia praca w tej parafii nadwyrężyła jego zdrowie. Dlatego 23 II 1937 r. wystosował prośbę o przeniesienie "do miejscowości bardziej odpowiadającej jego zdrowiu". Otrzymał wówczas parafię Międzyrzecz, znajdującą się też w dekanacie wołkowyskim, ale na wschodnim jego krańcu i liczącą prawie 6 000 wiernych. Szybko tu swoją gorliwością i dobrocią zjednał sobie parafian. Oni też na początku 1939 r. prosili Arcybiskupa Jałbrzykowskiego o pozwolenie ks. Kalińskiemu na wejście do Rady Gminnej, na co też otrzymał pozwolenie.

Władze państwowe doceniały pracę ks. Kalińskiego na niwie społecznej i patriotycznej. Odznaczyły go bowiem: 1. Pamiątkowym medalem za wojnę, 2. Srebrnym krzyżem zasługi, 3. Medalem niepodległości.

Po wybuchu II wojny światowej ks. Kaliński nadal pracował w swojej parafii, która znalazła się w granicach Białoruskiej Republiki Radzieckiej. Większość pomieszczeń plebanijnych i organistówkę zajęły władze sowieckie. Dramat nastąpił po rozpoczęciu się wojny niemiecko-sowieckiej, w czasie odwrotu wojsk przed nacierającymi Niemcami. Było to w godzinach rannych (9-10) 25 VI 1941 r. Tak to opisuje pani Maria Radziwonowicz, córka organisty z Międzyrzecza, Pawła Zwierzewicza: "W pewnej chwili wszedł [na plebanię] szybkim krokiem oficer sowiecki, a za nim jeden lub dwóch żołnierzy z karabinami. Oficer trzymał w ręce, wyciągniętej przed sobą - pistolet i krzyczał: gdzie jest ksiądz? Ksiądz powiedział: ja jestem księdzem. Wówczas podszedł blisko do księdza wciąż z wyciągniętym przed siebie pistoletem i zaczął krzyczeć: "kto strielał is kascioła?" (kto strzelał z kościoła?) Ksiądz odpowiedział: "nikt nie mógł strzelać z kościoła, ponieważ kościół jest zamknięty, a klucz wisi tutaj" i wskazał na potężny klucz, wiszący na gwoździu na ścianie. Kościół nasz miał lane żelazne drzwi. Oficer spojrzał na klucz i krzyknął: "Siejczas otkryć kastioł" (natychmiast otworzyć kościół). Wówczas Ksiądz zwrócił się do mego ojca: "Panie organisto, niech pan pójdzie im otworzyć kościół". Ojciec podszedł do ściany, zdjął z gwoździa klucz i skierował się ku drzwiom wyjściowym. Ksiądz natomiast został w kuchni. Widząc to oficer wrzasnął: "niet, sam idi!" (nie, sam idź). Wyszli więc: ojciec, ksiądz, za księdzem oficer, a za nim żołnierze".

W kościele nikogo nie znaleziono, a mimo to kazano księdzu i organiście siadać do ciężarówki. Maria Radziwonowicz tak dalej opisuje: "Po kilkunastu minutach wbiegła do kuchni sąsiadka wołając z płaczem: "Boże, Boże, księdza nam zabrali, wiozą go gdzieś..." (...) Kolumna samochodów wojskowych stała w miejscu. Na jednym z samochodów, akurat naprzeciw okna [plebanii] na pierwszej ławce tuż za szoferką siedział ksiądz, z lewej jego strony siedział ojciec, a z prawej mieszkaniec wsi Naumczyk (...), a za nim dwa rzędy żołnierzy po czterech na każdej ławce". Mniej więcej po godzinie - dokładnie nie pamiętam - do kuchni wszedł ojciec, usiadł w kącie na stołku i nic się do nas nie odzywał, był jak nieprzytomny (...)

Ojciec o tym zdarzeniu długo nic nie chciał mówić, dopiero od mamy usłyszałam, co jej opowiedział. Kolumna wojskowa jechała powoli co chwilę przystając. Zaraz po wyruszeniu ze wsi przystanęła i Naumczykowi kazali wysiąść mówiąc "stupaj domoj". Następnie po przejechaniu około pół kilometra znów się zatrzymała i wtedy ojciec usłyszał terkot karabinu, jednocześnie Ksiądz przechylił się w jego stronę i ciężko na nim się oparł mówiąc "panie organisto..." i tejże samej chwili siedzący z tyłu żołnierze ujęli Księdza pod pachy i za nogi i wyrzucili Go z ciężarówki do rowu na lewą stronę drogi. Rów był płytki, porosły trawą, za nim rosło jakieś zboże, chyba owies. Po wyrzuceniu ciała kolumna natychmiast ruszyła dalej. Ojciec zauważył jedynie, że ksiądz upadł twarzą do ziemi na środku rowu. Po przejechaniu znów około pół kilometra kolumna znów się zatrzymała, ukazał się bowiem wysoko na niebie lecący wolno samolot, a samochody były akurat pod osłona drzew, jakimi był obsadzony ten odcinek drogi. Z szoferki wyszło na drogę dwóch oficerów i jeden z nich odezwał się "a czto z nim" (a co z nim?) wskazując głową na ojca. Ten drugi natychmiast się "zapienił" krzycząc: "siejczas ubić kak sobaku" (natychmiast zabić jak psa) i sięgając do kabury pistoletu krzyknął w stronę ojca: "slezaj!" (złaź!). Ojciec na pół przytomny zsunął się z ciężarówki, a ponieważ ten "wściekły" patrzył na swego towarzysza jakby oczekiwał aprobaty do wykonania wyroku, ojciec zwrócił się do niego i wyjąkał: "u mienia malenkije dietki" (ja mam maleńkie dzieci). Ten agresywny - trzymając pistolet w ręce - znów zaczął coś wykrzykiwać, czego przerażony ojciec już nie umiał powtórzyć, a ten spokojniejszy odezwał się: "stupaj damoj" czyli idź do domu. Ojciec zwrócił w stronę wsi oczekując strzału w plecy. Po kilkudziesięciu krokach trochę ochłonął i wrócił myślą do księdza. Niebawem ujrzał go leżącego nadal twarzą do ziemi, ale już nie w rowie tylko w zbożu. Musiał się tam widocznie wczołgać. Już nie żył".

Parafianie międzyrzeczcy pochowali swego duszpasterza na cmentarzu przykościelnym w dniu 27 czerwca, już przy nowym okupancie, niemieckim. W rocznicę tragicznej śmierci ks. Albin Horba, proboszcz międzyrzecki zorganizował uroczyste nabożeństwo za ks. Tomasza Kalińskiego i poświęcił krzyż na miejscu zbrodni, przy drodze na Mesztowicze. Pamięć o męczenniku pielęgnuje też obecny duszpasterz parafii o. Jan Bońkowski. Za jego proboszczowania na mogile ks. Kalińskiego wystawiono pomnik, na którym umieszczono napis: "Ks. Tomasz Kaliński, Proboszcz Międzyrzecza, Kapelan Harcerstwa i Wojska Polskiego. Zamordowany podczas służby Bogu i Ojczyźnie w 1941 roku. Męczennikowi za wiarę i polskość - parafianie i rodacy Związku Polaków na Białorusi w 1992 roku".

ks. Tadeusz Krahel