lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LISTOPAD 2005
nr 11/2005

Pragnienie świętości

Świętość. Co się dzieje w moim sercu, gdy słyszę to słowo? Czy odpycha mnie i myślę, że to nie dla mnie, za dużo ona kosztuje wysiłku i poświęcenia? Czy może jest mi to obojętne? A może, gdy słyszę słowo świętość odzywa się we mnie jakaś tęsknota do tego, by pędzić, biec, by zdobyć "szczyt", przez niektórych już osiągnięty? Ale ja chyba nie potrafię. Mam tyle słabości, że to przekracza moje siły. I to prawda. Nikt nie potrafi. Tylko Bóg.

Ostatnio przeczytałam słowa św. Teresy od Dzieciątka Jezus, które podniosły mnie na duchu. Pisze ona: Zawsze pragnęłam być święta, ale cóż! Kiedy porównuję się ze Świętymi, stwierdzam nieustannie, że między nami jest ta sama różnica, jak między niebotyczną górą, a zagubionym ziarenkiem piasku, deptanym stopami przechodniów. Lecz zamiast zniechęcać się, mówię sobie: Dobry Bóg nie dawałby mi pragnień nierealnych, więc pomimo, że jestem tak małą, mogę dążyć do świętości. Niepodobna mi stać się wielką, powinnam więc znosić się taką, jaką jestem, ze wszystkimi swymi niedoskonałościami; chcę jednak znaleźć sposób dostania się do Nieba, jakąś małą drogę, bardzo prostą i bardzo krótką (Dzieje duszy, C, f 3r). Jeżeli osoba, która czuła się wobec Świętych tak samo jak ja, teraz patrzy na nas z nieba i jest szczęśliwa, to dlaczego ja nie mogę mieć nadziei.

Może właśnie świętość nie jest żadnym szczytem, którego zdobycia mogę się podjąć, ale może to po prostu moja właściwa droga życia. Czy chcę nią iść? Czy mam takie pragnienie w sercu? To jest pierwsze. Chcieć. Chcieć odkryć i pozwolić, by się spełniło we mnie marzenie Boga. To On pierwszy pragnie mojej świętości, chce bardzo udzielić mi tej łaski, tylko On w Miłosierdziu swoim może we mnie tego dokonać. Święta Faustyna pisze: Pomimo nędzy mojej, chcę zostać świętą i ufam, że miłosierdzie Boże i z takiej nędzy, jaką jestem, może uczynić świętą, bo przecież mam dobrą wolę (Dz. 1333).

A więc dobrze, jeżeli chcę, jeżeli chcę świętości, to czego tak naprawdę chcę? Co to znaczy być świętym? Czy to znaczy być bardzo blisko Boga? Być Jego przyjacielem? Kochać Go całym sercem, całą duszą, ze wszystkich sił?? Mieć na oścież otwarte serce, by przyjmować Jego Miłosierdzie? To znaczy być tak podobnym do Niego, by postępować względem każdego człowieka, którego się spotka, tak jak On by postąpił? Tak, właśnie tak. Ale to strasznie dużo, ja tego nie obejmę. Jednak nie muszę się martwić. Jest przecież Miłosierdzie - Bóg, który sam chce we mnie to sprawić. Psalmista przecież woła: Pan za mnie tego dokona (Ps 138,8). Bóg jest, Tym który pierwszy wychodzi do mnie. On podejmuje inicjatywę.

Czy to znaczy, że nie muszę nic robić? To chyba nie byłby zbyt dobry pomysł. Przecież mam iść drogą i to w odpowiednim kierunku, właściwą drogą, a nie leżeć i się "obijać". Bóg mnie zaprasza do wspólnej drogi. Nie mogę zaniechać choć tego "mało", co potrafię. Najlepiej uchwycę się Jego dłoni, to jest najbezpieczniejsze.

Uchwycić się Boga, iść za Nim, czynić to co Bóg chce. Św. Faustyna dzieli się z nami i pisze: Zrozumiałam, że wszelka dążność do doskonałości i cała świętość polega na wypełnianiu woli Bożej (Dz. 666). Potwierdza to także Ks. Sopoćko: Zgadzanie się z wolą Bożą we wszystkim - to najprostsza i najkrótsza droga do świętości (Poznajmy Boga w Jego Miłosierdziu, s. 211).

Czyli moje pragnienie świętości ma wyrażać się w wypełnianiu woli Bożej. Mam jej szukać w każdej sytuacji. Pytać, co Jezus ode mnie dziś oczekuje? Ale często, gdy słyszę: "wola Boża", to pojawia się we mnie lęk. Bo w głowie od razu mam obraz czegoś trudnego, bardzo wymagającego, co spada na mnie znienacka. Czegoś, co mnie krzyżuje, co sprawia cierpienie, co trudno jest mi w sercu zaakceptować, od czego najlepiej bym uciekła. Dlaczego tak jest? Może ciągle nie dowierzam, że Bóg mnie kocha i chce mojego dobra. Że On jest delikatny i cierpliwy, zna moje możliwości i nie daje nic ponad siły. Że wystarczy mi Jego łaski, bo moc w słabości się doskonali (por. 2Kor 12,9). Bo może wtedy, gdy dzieje się coś dobrego w moim życiu, gdy spełnia się moje marzenie, to przypisuję to sobie, a nie widzę, że to właśnie On - Jego wola. A o trudności i kłopoty oskarżam właśnie Jego.

Ks. Sopoćko pokazuje, że wola Boża w stosunku do stworzeń rozumnych jest właściwie miłosierdziem, albowiem Bóg przede wszystkim zmierza ku temu, by wyprowadzić stworzenia rozumne z nędzy i uzupełnić ich braki. Słowem pragnie tylko ich szczęścia (Miłosierdzie Boga w dziełach Jego, t. II, s. 46). A na innym miejscu pisze: Wiem, że wola Boża chce mojej świętości, że nad nią pracuje, że posiada tysięczne środki, aby ten cel urzeczywistnić: radości i przykrości, światła i ciemności, pociechy i oschłości, zdrowie i choroba - wszystko będzie dla mnie zbawienne (Poznajmy Boga w Jego Miłosierdziu, s. 175). Wola Boża jest dla mnie Miłosierdziem i Bóg w swoim Miłosierdziu pragnie mojej świętości. Nie muszę się lękać. Ksiądz Sopoćko zachęca mnie dzisiaj: Bóg jest wielkim mistrzem, pozwólmy Mu robić co chce. On spełni doskonale swe dzieło (Dziennik, z. 3, s.65).

Obdarz mnie, Panie, swoim Miłosierdziem. Chcę tego, czego Ty chcesz. Uczyń mnie świętą, taką jaką Ty chcesz. Jezu, ufam Tobie!

s. Estera Rudź, ZSJM