lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
PAŹDZIERNIK 2005
nr 10/2005

Cardinalis Ruthenus (1)

Wzdłuż lewego brzegu Tybru ciągnie się przez prawie kilometr via Giulia. Znana od najdawniejszych czasów jako la Magistralis została poszerzona i wyprostowana przez papieża Juliusza II (stąd jej obecna nazwa), stając się jedną z głównych arterii komunikacyjnych Rzymu. Dzisiaj wszyscy poruszają się nowoczesną Lungotevere, podczas gdy via Giulia z całym kompleksem okalających ją kamienic, pałaców i kościołów jest jednym wielkim monumentem historycznym. Pod numerem 64 zwracają uwagę ormiańskie napisy na fasadzie kościoła św. Błażeja. Ormianie otrzymali go w 1832 r., ale tak naprawdę liczy on sobie prawie X wieków. Rzymianie mówią o nim "św. Błażej od bułeczek", co bierze się od poświęconego chleba, rozdawanego tutaj w dniu odpustu. Używano go później przy chorobach gardła natomiast dla miejscowych biedaków była to doskonała okazja, żeby zaspokoić głód. Mury świątyni i sąsiadującego z nią hospicjum kryją w sobie jeszcze jedną tajemnicę, o której milczą przewodniki turystyczne po Wiecznym Mieście. W XV w., gdy wprowadzono zwyczaj święcenia chleba, mieszkał tu znany z swego zaangażowania na rzecz jedności chrześcijan kardynał Izydor. Jego rezydencja przy via Giulia była w tamtym czasie miejscem spotkania Wschodu i Zachodu, podobnie jak dzieje się to obecnie w papieskich dykasteriach do spraw ekumenizmu i Kościołów wschodnich.

Niewiele potrafimy powiedzieć o dzieciństwie i młodości Izydora. Przyszedł na świat około 1380 r. w Mesembrii na Peloponezie. Kiedy jako młody chłopak wstąpił do klasztoru, przełożeni szybko odkryli w nim głęboką pobożność oraz nieprzeciętne zdolności intelektualne. Wtedy również spotkał po raz pierwszy mnichów pochodzenia ruskiego, bułgarskiego i serbskiego, od których nauczył się języka starosłowiańskiego. Ceniony zarówno na dworze cesarskim jak i pośród hierarchii kościelnej zostaje przełożonym klasztoru św. Dymitra w Konstantynopolu, a następnie biskupem sołuńskim (tesalonickim). Nie koniec na tym, bo gdy trzeba znaleźć kandydata na wakującą metropolię kijowską, patriarcha Józef II bez chwili wahania wskazał na Izydora. Obok wielu osobistych przymiotów posiadał on bowiem atrybut szczególnie bliski duchowemu zwierzchnikowi Bizancjum: był zwolennikiem przywrócenia jedności pomiędzy Kościołem greckim i łacińskim.

Ponieważ od 1328 r. metropolici rezydowali w Moskwie, wielki książę Wasyl II Ślepy starał się narzucić własnego kandydata, ale tym razem jeszcze mu się nie udało.

Sytuacja metropolii kijowskiej była w tym czasie dosyć skomplikowana. Jej bezkresne terytorium, ponad milion kilometrów kwadratowych, rozciągało się od Bałtyku po Morze Czarne i od Wilna po Moskwę. Metropolita musiał więc utrzymywać poprawne relacje z władcami Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, Litwy i Polski, którzy nieraz stawali naprzeciw siebie z mieczem w ręku. Najdrobniejszy nawet błąd mógł skończyć się tragicznie. I tak moskiewskie lochy poznał dobrze pochodzący z Bułgarii metropolita Cyprian, który planował razem z Władysławem Jagiełłą synod zjednoczeniowy duchowieństwa wschodniego oraz łacińskiego. Jeszcze gorzej powiodło się metropolicie Harasymowi spalonemu żywcem przez wielkiego księcia litewskiego Świdrygiełłę. Sytuacja wyjaśniła się nieco po tym jak Kazimierz Jagiellończyk obejmując tron w Koronie, zachował władzę w Wielkim Księstwie Litewskim. Tymczasem jednak, dzięki zwycięstwu odniesionemu nad Tatarami na Kulikowym Polu, Moskwa rosła w siłę, nie szczędząc wrogich gestów wobec sąsiadów.

Idea pojednania chrześcijańskiego Wschodu i Zachodem nie była nowa i pojawiła się niemal nazajutrz po tragicznym zerwaniu jedności w 1054 r. Chęć wypełnienia wezwania Chrystusa ut unum sint (aby byli jedno) przeplatała się w tym wypadku z kalkulacjami bardzo przyziemnymi. Jest faktem, że im bardziej Imperium Bizantyjskie traciło na sile, tym częściej szukało pomocy u łacinników. Nie chodziło tu tylko o problemy z Turkami, którzy powoli lecz systematycznie zajmowali jego odwieczne ziemie. Również w przypadku konfliktów wewnętrznych wzywano nieraz z pomocą zakony rycerskie stacjonujące w regionie. Popularne były małżeństwa pomiędzy księżniczkami bizantyjskimi i wysoko urodzonymi kawalerami z Zachodu, natomiast coraz więcej wenecjan oraz genueńczyków otwierało swoje interesy w Konstantynopolu. Z drugiej strony, młodzież prawosławna studiowała na uczelniach włoskich lub francuskich, chociaż Wschód nie był z pewnością entuzjastą teologii scholastycznej. Niejeden przyszły biskup wracał do domu z przekonaniem, że zacieśnienie wzajemnych związków przyczyni się do odnowy życia religijnego nad Bosforem.

Te kontakty, a także wytężona praca dyplomatów papieskich zaowocowały wreszcie zwołaniem Soboru unijnego, który rozpoczął się wiosną 1438 r. w Ferrarze; z powodu zarazy przeniesiono go następnie do Florencji. Obok papieża Eugeniusza IV wziął w nim udział cesarz bizantyjski Jan VIII Paleolog, patriarcha konstantynopolitański Józef II, pełnomocnicy innych patriarchów wschodnich, biskupi, teologowie, prawnicy oraz wiele wybitnych osobistości tamtego czasu. Izydor miał już za sobą doświadczenie Soboru Bazylejskiego (1434 r.), gdzie reprezentował Kościół grecki. Tym razem był pełnomocnikiem patriarchy aleksandryjskiego oraz wielkiego księcia moskiewskiego, który nie żywił wielkiej sympatii do Konstantynopola, nie mówiąc już o Rzymie. W jaki sposób przekonał go do idei soboru pozostanie tajemnicą, najważniejsze jednak, że się udało. Podróż z Moskwy do Florencji trwała prawie 17 miesięcy. Towarzyszyli mu biskup suzdalski Abraham oraz setka duchownych. Kiedy już wszyscy byli w komplecie rozgorzały dysputy. Ponieważ obie grupy obstawały twardo przy swoim, cesarz zaczął naciskać na Greków, żeby nie marnowali szansy jaką dawało zgromadzenie. Jednak kiedy odmówiono mu prawa zwoływania soborów powszechnych, on także zagroził opuszczeniem obrad. Żeby zrozumieć pozycję cesarza trzeba przypomnieć tu słowa Konstantyna Wielkiego, który miał powiedzieć: "Zostałem ustanowiony przez Boga nadzorcą wewnętrznych spraw Kościoła". Zasada ta obowiązywała zarówno w Konstantynopolu jak i w Moskwie, bez względu na osobiste przekonania, czy moralność sprawujących władzę. W związku z tym wszystkie przepisy i ustalenia kościelne wymagały zatwierdzenia imperatora. Było to na tyle uzasadnione, że stawały się one integralną częścią porządku prawnego obowiązującego w państwie. Również papież Eugeniusz czuwał nad wszystkim, ustępując z niektórych drażliwych punktów, naturalnie jeśli nie naruszało to czystości doktryny. Pomimo trudności, sobór powoli robił postępy. Najpierw porozumiano się w sprawie nauki o czyśćcu, następnie odnośnie pochodzenia Ducha Świętego, z kolei zgodzono się na to, że Kościół wschodni może używać do Eucharystii chleba kwaszonego, a Kościół zachodni przaśnego. Wyjaśniono wreszcie na czym polega prymat papieża i jakie są prawa patriarchów wschodnich. Krytycy porozumienia zwykli mawiać, że Grecy byli pod presją cesarza, że te same sformułowania rozumiano na różny sposób, jednak tylko dwóch spośród dwudziestu reprezentantów Wschodu odmówiło podpisania unii. Izydor miał w tym niemałe zasługi, podobnie jak jego przyjaciel arcybiskup nicejski Jan Bessarion i życzliwy im obu patriarcha Józef. Dziś jeszcze porusza do głębi wyznanie wiary jakie ten ostatni złożył na dzień przed swoją śmiercią: "Józef, z miłosierdzia Bożego arcybiskup Konstantynopola, nowego Rzymu, i patriarcha ekumeniczny. Stojąc u progu mego życia i w punkcie, gdzie płaci się daninę obowiązującą całą ludzkość, pragnę przy pomocy łaski Bożej jasno wyłożyć na piśmie moim synom w wierze to, co wyznaję i podpisuję. A zatem wszystko to, co wyznaje i czego naucza katolicki i apostolski Kościół Pana naszego Jezusa Chrystusa mający swą siedzibę w starym Rzymie, ja także uznaję i uroczyście stwierdzam, że we wszystkim z nim jestem. Uznaję również świętego Ojca Ojców, najwyższego biskupa i przedstawiciela Pana naszego Jezusa Chrystusa, papieża starożytnego Rzymu. Uznaję także czyściec. Na dowód czego podpisuję 9 czerwca 1439 r." Niemal spontanicznie przychodzi na myśl metropolita leningradzki Nikodim, który zmarł 5 września 1978 r. podczas audiencji u papieża Jana Pawła I. "Zapewniam was", powiedział później papież, "że nigdy w życiu nie słyszałem tak pięknych słów o Kościele katolickim, jak te, które on do mnie wówczas wypowiedział".

Pielgrzymi i turyści odwiedzający Bazylikę św. Piotra na Watykanie, zatrzymują się zazwyczaj przy tzw. Bramie Filareta, wykonanej na zamówienie papieża Eugeniusza IV. Wśród najważniejszych epizodów z jego życia, artysta utrwalił w brązie uroczyste ogłoszenie bulli unijnej "Laetantur Caeli", jakie miało miejsce 6 lipca 1439 r. Po prawej stronie w dolnym rogu siedzi na tronie papież, na przeciw niego cesarz, a pomiędzy nimi wymieszani biskupi rytu łacińskiego i wschodniego. Nieco wyżej w centrum, kardynał Cesarini i arcybiskup Bessarion czytają po łacinie i grecku dokument soborowy. Wydarzenie to miało z pewnością wyjątkowy charakter, lecz po powrocie do Konstantynopola nikt nie odważył się ogłosić unii, ani cesarz, ani biskupi. Wszyscy obawiali się reakcji mnichów oraz ludu, który niewiele z tego wszystkiego rozumiał.

Natomiast papież postanowił wynieść do godności kardynalskiej Bessariona i Izydora. Najlepszym dowodem na to, że metropolita robił wszystko z głębokiego przekonania, nie oczekując w zamian żadnych zaszczytów był fakt, że wkrótce po zakończeniu obrad ruszył on do swojej metropolii. Chciał jak najszybciej ogłosić wszystkim radosną wieść o przywróceniu jedności Chrystusowej Owczarni.

Ruś Kijowska, niegdyś bogata i tętniąca życiem leżała wówczas w ruinie. Dzikie hordy Tatarów nie oszczędziły niczego, zaś bratobójcze rozgrywki dopełniły czary goryczy. Na szczęście religijność pozostała żywa, ludzie nie mieli uprzedzeń do "rzymskiej wiary", może nawet nie wiedzieli o podziałach. Było czymś normalnym, że bo obok eparchii wschodnich istniały już wtedy diecezje łacińskie we Lwowie, Łucku i Kijowie. Z ogłoszeniem unii nie było więc żadnych problemów. Nawet mnisi ze słynnej Peczarskiej Ławry w Kijowie, strażnicy świętych tradycji prawosławia, złożyli Izydorowi hommagium.

Wydawało się, że i w Moskwie pójdzie łatwo. Tymczasem tam przeważyły ambicje wielkiego księcia i polityczne spekulacje. Była Niedziela Palmowa 1441 r., Wierbnoje Woskriesenije jak się mówi do dzisiaj na wschodzie, kiedy w kremlowskiej katedrze Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny Izydor ogłosił uroczyście przywrócenie jedności pomiędzy Kościołem greckim i rzymskim. On sam wyrażał najlepiej ideę zjednoczenia, był przecież wschodnim metropolitą, a zarazem kardynałem Kościoła rzymskiego. Tego dnia w moskiewskiej świątyni zabrzmiały również po raz pierwszy słowa: "Pamiętaj Panie w Twoim Królestwie o Jego Świątobliwości papieżu rzymskim Eugeniuszu". Jednocześnie modlono się zgodnie z rytuałem za patriarchów prawosławnych, wielkiego księcia Wasyla i cały ruski naród. Książe, który otrzymał specjalne pismo papieskie, zareagował dopiero na trzeci dzień, oskarżając metropolitę o herezję i zdradę stanu. Uwięziony w jednym z klasztorów, Izydor miał do wyboru odrzucenie unii lub śmierć. Nie wystraszył się jednak ani spalenia na stosie, ani utopienia w rowie z wapnem, jak to było wówczas w zwyczaju i mężnie trwał przy swoim. Zupełnie inaczej zachował się towarzysz jego wyprawy do Italii, biskup suzdalski Abraham, który po ośmiodniowym pobycie w więzieniu wyparł się wszystkiego, mówiąc, że to Izydor zmusił go do podpisania dokumentu unijnego. Tymczasem, przy pomocy życzliwych sobie mnichów, bo prawdziwy przyjaciel nigdy nie opuszcza w biedzie, udało się zbiec metropolicie do Tweru. Wiedząc, że miejscowy książę Borys patrzy z niechęcią na rosnącą hegemonię Moskwy, liczył na znalezienie u niego schronienia. Jednak i tutaj spotkało go więzienie. Zrozumiał, że w tej sytuacji unia miała szansę jedynie w granicach państwa polsko-litewskiego. A więc kolejna ucieczka, tym razem do Wilna, a stamtąd już do Kijowa. Tu nadal uznawano go za prawowitego pasterza, więc na mocy swojego urzędu zwizytował eparchie oraz klasztory, poczym ruszył do Italii, aby zreferować wszystko papieżowi. Rzym i Konstantynopol bynajmniej o nim nie zapomniały, zresztą każdy kardynał ma szczególną odpowiedzialność za losy Kościoła powszechnego. Wypełnia więc różne doniosłe misje, odwiedzając jedynie sporadycznie swoją metropolię (naturalnie za wyjątkiem jej moskiewskiej części). W trosce o Kościół wschodni na ziemiach Polski i Litwy papież mianował nowego metropolitę kijowskiego natomiast Izydor został kardynałem-biskupem podrzymskiej diecezji św. Sabiny. Władzę w Moskwie objął tymczasem protegowany wielkiego księcia władyka Jonasz. Został on wybrany przez synod miejscowych biskupów (1448 r.), chociaż cesarz bizantyjski oraz patriarcha Konstantynopola, stojący po stronie Izydora, byli temu wyraźnie przeciwni. Oznaczało to w praktyce autokefalię metropolii moskiewskiej, która z czasem stała się patriarchatem, podporządkowując sobie prawosławie w granicach obecnej Ukrainy. Nieraz zapomina się o tym, że wszystko zaczęło się właśnie nad brzegami Dniepru, kiedy w 988 r. książę Włodzimierz i jego żona Olga przyjęli świętą wiarę chrześcijańską. c.d.n.

K. N.