lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
PAŹDZIERNIK 2005
nr 10/2005

"Do Rzymu zapraszam częściej"

Spotkania z Ojcem Świętym Janem Pawłem II dla tych, którzy mieli łaskę doświadczyć tego osobiście stanowią przeżycia niezapomniane. Niezwykła dobroć, odwaga, aura serdeczności jaką wokół siebie wytwarzał dawała nam siłę w czasach, gdy PRL-owsy przywódcy niechętnym okiem patrzyli na rodzące się poczucie narodowej wolności, a zwłaszcza na powstanie Niezależnego Związku Zawodowego "Solidarność", który doprowadził nas do zmian 1989 roku.

Pielgrzymowanie do stolicy apostolskiej, do Ojca Świętego nie było na początku tak łatwe i powszechne, jak w późniejszych latach pontyfikatu. Komunistyczna władza stawiała bariery administracyjne, trudno było otrzymać paszport. Podróże do krajów tzw. drugiego obszaru płatniczego były też kosztowne, przeciętna urzędnicza pensja stanowiła równowartość ok. 20 dolarów. Jedną z pierwszych wypraw do Papieża Polaka odbyli przedstawiciele naszej białostockiej "Solidarności". Tamte niezwykłe chwile wspomina dziś jedna z jej uczestniczek.

"Solidarność" w naszym mieście, od chwili zawiązania się Związku działała bardzo prężnie - opowiada. Jej pierwszym kapelanem i duchowym opiekunem został ksiądz Witold Pietkun. Był niezwykle ofiarny i oddany sprawie, pracował bez wytchnienia. Pamiętam zapowiedzianą Mszę polową za Ojczyznę, która miała być odprawiona na terenie Fabryki Przyrządów i Uchwytów. Ksiądz Pietkun miał ją celebrować i wygłosić homilię, niestety w przeddzień tej uroczystości po porannej Mszy, odprawionej w kościele św. Rocha, dostał ataku serca i zmarł. Pochowany jest przy kościele w Chodorówce.

Jego funkcję przejął ksiądz Sławoj Leszek Głódź. Wkrótce jednak ksiądz otrzymał prestiżową nominację do Rzymu, do pracy w Kongregacji Papieskiej. Zajmował się tam sprawami Kościołów Wschodnich.

Ksiądz Głódź nie zapomniał o białostockiej "Solidarności", zaprosił ją na pielgrzymkę do Ojca Świętego - Jana Pawła II.

- Wyruszyliśmy do Włoch autokarem Biura Podróży "Orbis", w połowie listopada 1981 roku - ciągnie nasza rozmówczyni. Na uczelniach trwały protesty studentów, kraj przygotowywał się strajku generalnego, który zapowiadano na koniec roku.

Przekroczenie polskiej granicy odbyło się bez trudności, kłopoty zaczęły się na czesko-słowackiej.

- Kazali wszystkim opuścić autokar i wyładować bagaże. Samochód postawili na kanał i dosłownie rozkręcali na śrubki, nas zamknęli w komorze celnej i każdego osobno rewidowali. Zabierali znaczki, proporczyki, cokolwiek było zawiązane z "Solidarnością".

Wieźliśmy upominki dla Ojca Świętego. Pięknie haftowany, lniany ręcznik, bochen chleba z artystycznie uformowanym napisem "Dar Solidarności Rolniczej Ojcu Świętemu", oraz makietę pomnika upamiętniający zbrodnie sowieckie, który później wzniesiono przed świątynią na osiedlu Piasta.

Czescy pogranicznicy chcieli nam to wszystko zarekwirować, ale jakoś udało się ich przekonać i nic nie zabrali. Później okazało się że robili tylko taką "pokazówkę", na koniec jednej z pań, kontrolująca ją celniczka powiedziała - jedziecie do Papieża, to i za nas się módlcie my też chcemy zmian.

Opóźnienia na granicy sprawiły, że klasztor pod Wiedniem, w którym mieliśmy przygotowany nocleg został zamknięty, a siostry zakonne udały się na spoczynek i noc trzeba było spędzić w autokarze.

Pierwszy przystanek na terenie Włoch był w Padwie, nocowaliśmy w domu katedralnym przy Bazylice św. Antoniego. Droga do Rzymu była trudna, jechaliśmy nocą we mgle, po górzystym, krętym terenie, ale spotykaliśmy z wielką życzliwością Włochów. Pamiętam, że jadąc w ciemnościach i mżącym deszczu nasz autobus nie poruszał się tak szybko po autostradzie, jak to robili włoscy kierowcy. W pewnym momencie jeden z nich włączył pulsacyjne światła ostrzegawcze i jadąc przodem pilotował nas prawie do granic miasta.

W Rzymie zamieszkaliśmy w nowym wówczas Domu Pielgrzyma. Był to dar Polonii amerykańskiej dla wielkiego rodaka Jana Pawła II. Budynek położony był w przepięknym ogrodzie. Nas, którzy przybyliśmy z kraju o surowym klimacie, zachwyciła bujna roślinność, kwitnące różowe późnojesienne kwiaty i serdeczna aura przyjaźni, jaka otaczała nas od momentu przyjazdu do Italii.

Dom prowadziły siostry zakonne i one opiekowały się pielgrzymami.

Następnego dnia po przyjeździe spotkaliśmy się z księdzem Głodziem, który oznajmił, że podejmie starania o prywatną audiencję u Ojca Świętego. Było to trudne do załatwienia, kalendarz spotkań Papieża był wypełniony. Wyjeżdżając z Polski liczyliśmy najwyżej na ogólne spotkanie, nikt nie spodziewał się takiego szczęścia. Wszyscy gorąco modliliśmy się, aby księdzu udało się to załatwić.

Widać to pomogło, spotkanie jednak miało być wcześnie rano.

Ojciec Święty był wówczas w sile wieku, postawny, wysportowany, media nazywały Go "Atletą Pana Boga". Doszedł do siebie po zamachu 13 maja i każdy dzień rozpoczynał Mszą Świętą o godzinie 6.00. Odprawiał ją w kaplicy obok swoich apartamentów. Należało tam być co najmniej z godzinnym wyprzedzeniem. Rzym i Watykan jest zawsze bardzo zatłoczony, wyjechaliśmy z naszej kwatery o trzeciej rano. Ksiądz Gódź przypomniał wszystkim o staranności ubioru, dotyczyło to zwłaszcza panów wszyscy mieli mieć garnitury, krawaty. Przed wejściem, zlustrował nasz wygląd, zwyczajnie po ojcowsku dbał o naszą grupę, chciał, aby jego krajanie nie przynieśli mu wstydu. Pamiętam był wśród nas młody człowiek, student, ubrany w sweter i białą koszulę, ksiądz absolutnie nie chciał go zabrać, chłopak tłumaczył, że po prostu nie ma garnituru wśród swojej garderoby. Wspólnymi siłami jakoś uprosiliśmy, aby pozwolił mu iść razem z nami.

Apartamenty papieskie mieściły się na trzecim piętrze, szliśmy po bardzo wysokich, marmurowych schodach. Sama myśl jak święte i historyczne nogi po nich stąpały onieśmielała nas ludzi, z niewielkiego miasta, z szarej, biednej Polski. Były tam też windy i windziarze uprzejmie do nich zapraszali, podwozili w zamian za znaczki i emblematy "Solidarności". Siostra, która była naszą przewodniczką podeszła do jednego z nich, odchyliła klapę liberii i wtedy można było zobaczyć, że sprytny windziarz zabrał ich całą kolekcję.

Kiedy dotarliśmy do kaplicy o 5.15 Ojciec Święty już tam był i modlił się. Można powiedzieć, że cały był zatopiony w modlitwie. Niezwykle skromna, nieduża kapliczka cała była przystrojona żółtymi i czerwonymi kwiatkami. Ojciec Święty odprawił Mszę i wszystkim udzielił Komunii. To było naprawdę wielkie, niezapomniane przeżycie.

Później całą grupą przeszliśmy do papieskiej biblioteki i tam miała odbyć się prywatna audiencja. Piękne wnętrza, wiszące na ścianach obrazy, robiły duże wrażenie. Ustawieni w półkole czekaliśmy.

Ojciec Święty wszedł uśmiechnięty i radosny i ku naszemu zdumieniu najpierw podszedł do owego młodego chłopaka, którego nie chciał zabrać ksiądz Głódź.

- Kolega wygląda mi na studenta, do Rzymu zapraszam częściej - powiedział serdecznie. Po części oficjalnej kiedy wręczone zostały dary, które z wielkim trudem dowieźliśmy, Papież podchodził do każdego z nas ofiarowywał różaniec i zamieniał kilka słów, w tym czasie jego osobisty fotograf robił zdjęcie. Dostaliśmy też albumy ilustrujące papieskie pielgrzymki. Dziś są to moje bardzo cenne pamiątki.

Byliśmy też na ogólnej audiencji w wielkiej auli Jana Pawła II, była wtedy nowa, oddana do spotkań Papieża z przybywającymi z całego świata pielgrzymami. Pamiętam dużą grupę Japończyków, było to profesjonalny chór, który po zaprezentowaniu pieśni w swoim języku przepięknie zaśpiewał po polsku naszą "Kukułeczkę". Jeszcze dziś wspominam tę niezwykłą atmosferę bliskości i serdeczności, jaką wytwarzał Jan Paweł II, mimo że aula była wielka i pełna ludzi.

Kolejne dni naszego pobytu w Rzymie były wypełnione zwiedzaniem świątyń i wspólną modlitwą. Odwiedziliśmy też inne piękne włoskie miasta między innymi Wenecję. Przed powrotem do Polski kierowcę naszego autokaru poproszono o zabranie pokaźnych paczek przeznaczonych dla Zarządu Białostockiej "Solidarności" jak się potem okazało jedna z nich zawierała powielacz, a posiadanie takiego urządzenia było wtedy nielegalne. Na szczęście, kiedy wracaliśmy do kraju dziwnym trafem nikt na granicy nie kontrolował zawartości bagażnika naszego autokaru i wszystko mogło szczęśliwie trafić do adresatów.

Z pielgrzymki do Ojca Świętego wróciliśmy 11 grudnia, 13 wprowadzono stan wojenny.

Zofia Zachowicz-Michałowska