lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
PAŹDZIERNIK 2005
nr 10/2005

Ksiądz Michał Sopoćko, jakiego znałem i pamiętam

Refleksje na temat książki ks. Stanisława Strzeleckiego

Rozpoczynając lekturę książki księdza Strzeleckiego z jego wspomnieniami o Księdzu Sopoćce, wiedziałem już coś niecoś o postaci tytułowej. Jako białostoczanin z urodzenia i do matury związany bezpośrednio z tym miastem, słyszałem o zagrożeniu, jakie zawisło nad Białymstokiem w marcu 1989 roku, na skutek wykolejenia się pociągu z ciekłym chlorem. Ocalenie życia tysięcy mieszkańców miasta i okolic uznano za cud, przypisując go wstawiennictwu księdza Sopoćki. Przekonanie o tym podzielała głównie starsza generacja mieszkańców Białegostoku, którzy pamiętali postać świątobliwego kapłana, profesora przesiedlonego z Wilna Seminarium Duchownego. Pamiętali go zwłaszcza jako apostoła kultu Miłosierdzia Bożego.

Tak się złożyło, że w ubiegłym roku, zupełnie niespodziewanie uczestniczyłem wraz z żoną w wycieczce do Wilna. O takiej wycieczce marzyłem od dawna, gdyż z okolic Wilna wywodzi się moja rodzina ze strony ojca. Zwiedzając Wilno, nie mogliśmy ominąć kościoła Ducha Świętego, gdzie znajduje się pierwszy obraz Miłosiernego Jezusa, namalowany przez Eugeniusza Kazimirowskiego, na zamówienie księdza Sopoćki. Czułem się tam u źródła tajemnicy i kultu Bożego Miłosierdzia.

Z tym większym zainteresowaniem sięgnąłem po książkę księdza Strzeleckiego. Znalazłem w niej troskliwie odtworzony obraz młodości i formacji kapłańskiej autora, kształtującej się zarówno w białostockim Seminarium Duchownym, jak i w latach późniejszych. Autor, podobnie jak i ksiądz Sopoćko, jest nie tylko wychowankiem, ale i długoletnim wykładowcą i wychowawcą w tymże Seminarium. Jego studia seminaryjne to czas osobistych i bliskich kontaktów z księdzem Sopoćko w relacji mistrz-uczeń. Ksiądz Sopoćko był jego nauczycielem łaciny, języka rosyjskiego oraz szeregu innych wykładanych w Seminarium przedmiotów. Był także jego indywidualnym kierownikiem duchowym. Osoba księdza Sopoćki musiała zatem odegrać istotną rolę w kształtowaniu się kapłańskiej osobowości ucznia i wychowanka.

Utkwił mi w pamięci dramatyczny moment książki, w którym autor pisze, jak odmówił prośbie sędziwego profesora. Świadom ogromu zadania, nie chciał podjąć się kontynuowania jego apostolskiego dzieła. Nie udało mu się jednak uniknąć roli, jaką mu wyznaczył Stwórca, spełniając jak gdyby życzenie swego wiernego Sługi i apostoła. Świadczy o tym jego udział w procesie beatyfikacyjnym księdza Sopoćki i dorobek pisarski. Również i w jego życie wkroczyła miłosierna Opatrzność, zgodnie ze słowami Chrystusa "nie wyście mnie wybrali..." Od woli Opatrzności nie ma ucieczki. Uświadomienie tego faktu znamionuje w dużej mierze dalsze życie księdza Strzeleckiego. Co dotychczas było niewyraźną ścieżką, stało się drogą, wyznaczoną mu przez Mistrzów - Boskiego i ludzkiego.

Kilka refleksji, jakie mi się nasunęły podczas lektury książki.

Autor nie ukrywa swego sentymentu do "mądrości łaciny", której uczył w Seminarium ksiądz Sopoćko. Ten uniwersalny język korzeni naszej kultury, do niedawna był jeszcze obecny na wszystkich uniwersytetach i wyższych uczelniach europejskich. To również do niedawna język liturgii i obrzędów kościelnych. Z dzieciństwa zapamiętałem fragmenty Mszy Świętej w języku łacińskim. Myślę, że dobrze byłoby i obecnie przywrócić w dni świąteczne przynajmniej jedną Mszę celebrowaną po łacinie. Historia przecież zna przypadki "wskrzeszania" wyszłych z użycia języków, po to tylko, aby nawiązać do dziedzictwa kulturowego przeszłości.

Lata pięćdziesiąte, najbardziej wyeksponowane w książce księdza Strzeleckiego, to bardzo trudny okres w historii naszego narodu. Po najkrwawszej z wojen, wzięci w dwa wrogie ognie, zdradzeni przez sojuszników, musieliśmy w naszym chrześcijaństwie szukać koniecznych do przetrwania sił obronnych. Gdy ustały działania wojenne, nie zostaliśmy nawet uznani za stronę, z którą warto rozmawiać, lecz oddani w jasyr, na pastwę jednego z mocarstw okupacyjnych. Okres ten można podsumować następująco:

Noc trwała długo i wszyscy już Boga błagali,

By wreszcie światu pozwolił się przebić między chmurami.

Z wolna noc zanikała ustępując miejsca brzaskowi.

Ustały wichry i odsłoniły w szarówce

Krwawiące pnie i konary...

I wszystkim się wydawało, że światło poranka

Ogrzeje słońcem, wyleczy straszliwe rany...

A wtedy ze wschodu przybyli słudzy szatana

I z siekierami zajadle dobrali się do korzeni.

Ziemia ojczysta, krwią przodków karmiona przez wieki,

Pieszczona z miłością, zraszana potem pokoleń.

I uwielbiana słowami poetów, nie pozwoliła wydrzeć korzeni,

Które kapłani przez tysiąc lat kształtowali.

I odszedł z chichotem szatan, rzucając słowo

Przekleństwa, jak ziarno chwastu drapieżne.

Niektórzy po nim płakali...

Rola kapłanów tego okresu w utrzymaniu naszej tożsamości narodowej, podobnie jak i podczas zaborów, jest naprawdę nie do przecenienia. Pokolenie księży, rówieśników księdza Strzeleckiego, potrafiło sprostać wyzwaniom swoich czasów dzięki temu, że miało odwagę głoszenia prawdy bez względu na konsekwencje. W dzisiejszym zalewie błędnych i zupełnie nieistotnych, a często toksycznych informacji, coraz trudniej wyłowić te, które nie są śmieciami medialnymi. Trucizna informacyjna przenika do naszych korzeni i niszczy je.

Problem poszukiwania prawdy i odróżniania jej od fałszu jest dziś bardziej palący niż kiedykolwiek. Albowiem wszechobecny "Duch kłamstwa" nie wyręcza się już prymitywami, dysponując sługami wyposażonymi w dyplomy najbardziej renomowanych uczelni, zna się na najnowszych technikach informacyjnych. Umie doskonale manipulować zawładniętymi przez siebie mediami, a przez nie ludźmi. Dlatego tak wiele wspaniałych osiągnięć współczesnej techniki potrafi wykorzystywać dla ateizacji, przynoszącej swoje zgubne konsekwencje. To trudny, bezwzględny przeciwnik, odwieczny wróg Boga i człowieka. Bez ufności w Boże Miłosierdzie, którą tak wytrwale zalecał ksiądz Sopoćko, bez przyjęcia i wcielania w życie Chrystusowej Ewangelii Miłosierdzia, którą głosił światu Jan Paweł II, bez współpracy z podobnie myślącymi jak my, nie damy rady oprzeć się współczesnym zagrożeniom.

Pragnę jeszcze zwrócić uwagę na znakomity, klarowny język książki księdza Strzeleckiego, nierzadko przeplatany subtelną poezją. W połączeniu z rzetelnością historyczną sprawia, że książkę czyta się z przyjemnością. Uważam, że jest warta szerszego rozpropagowania, nie ograniczając się do grona osób zainteresowanych tylko sprawą Bożego Miłosierdzia.

Andrzej Paszkiewicz