lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
PAŹDZIERNIK 2005
nr 10/2005

On jest!

Cicha kaplica. Wpatruję się w obraz Jezusa Miłosiernego, a we mnie kołacze wciąż jedno zdanie - On jest. I coraz głębsze przeświadczenie - On jest. Ten, który stworzył cały świat, Ten, który uczynił Plejady i Oriona, który przemienia ciemności w poranek, a dzień w noc zaciemnia, Ten, który wzywa wody morskie i rozlewa je po powierzchni ziemi (Am 5,8), jest potężny, wszechmogący, nieogarniony i nieskończony, Pan jest imię Jego (tamże). I właśnie jest tu, blisko. Jak to pojąć? Tak trudno jest nieraz w sercu przyjąć, że właśnie taki Święty Bóg jest nie tylko gdzieś w "przestworzach" i kieruje całym światem, ale jest tu obok mnie. Dlaczego? Przecież jest tylu ludzi na świecie. A ja nie jestem nikim ważnym. Dlaczego On chce być właśnie przy mnie, w moim życiu, w moim wnętrzu? Dlaczego? To tak, jakby się zapytać - dlaczego Bóg jest miłosierny? Bo właśnie miłosierdzie czyli ogromna miłość Boga pochylającego się nad nędzą człowieka sprawia, że On chce przekroczyć ten dystans, jaki dzieli Stwórcę od stworzenia i zniża się ku mnie, i jest, On jest, tak blisko.

A czy Ty wierzysz, że Bóg jest blisko Ciebie? Że właśnie jesteś tą wybraną osobą?

Takim znakiem i świadkiem potwierdzającym tę prawdę jest św. s. Faustyna Kowalska. Jezus wybrał ją, aby przypomnieć mi i Tobie, aby nas utwierdzić w przekonaniu i usłyszeć: Ja jestem zawsze z tobą (Dz. 498). Przypomnieć, bo przecież cała Ewangelia aż krzyczy słowa Jezusa: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! (Mt 14,27).

Klęczę dalej w kaplicy, bo przecież to miejsce tak uprzywilejowane dla Bożej obecności. Mój wzrok i słuch jakby bezużyteczne, nie potrafię przeniknąć tajemnicy Tego, który ukrywa się w Tabernakulum. I znowu rodzi się w sercu pytanie - Jak Cię zrozumieć, Tajemnico?

Zwracam się więc do "specjalistki", do s. Faustyny od Najświętszego Sakramentu. W jej życiu ta tajemnica szczególnie była obecna. Do Boga utajonego pod postacią chleba, którego, jak określała, "kryją zasłony", przenikała poprzez swoją silną wiarę. Wołała: Jezu, Boski więźniu miłości, kiedy rozważam Twoją miłość i wyniszczenie się dla mnie, to zmysły mi ustają. Kryjesz swój majestat niepojęty i zniżasz się do mnie nędznej; o Królu chwały, choć taisz swą piękność, jednak wzrok mej duszy rozdziera zasłonę. Widzę anielskie chóry, które nieustannie oddają Ci cześć, i wszystkie Moce niebieskie, które Cię nieustannie wielbią i nieustannie mówią: Święty, Święty, Święty (Dz. 80).

Jezus Eucharystyczny był dla s. Faustyny najlepszym Przyjacielem i Powiernikiem. Poprzez jej modlitwę mogę uczyć się jak się z Nim spotykać, gdy klękam w kościele czy kaplicy. W "Dzienniczku" czytam: Jezu - Hostio żywa, Tyś Matką moją, Tyś mi wszystkim. Z prostotą i miłością, z wiarą i ufnością przychodzić będę do Ciebie, Jezu. Dzielić się będę z Tobą wszystkim, jak dziecię z kochającą matką - radościami i cierpieniem, jednym słowem - wszystkim (Dz. 230). Otworzyć przed Jezusem serce, być całkiem szczerym, nie bać się tego, co On chce we mnie zdziałać, czego dokonać. Bóg obecny w Najświętszym Sakramencie, nie przestaje być Bogiem, który ma moc, który wszystko może. Gdy jestem w Jego obecności, to On przede wszystkim działa. Mogę nic nawet nie mówić, po prostu być przed Nim. Ważna jest moja dyspozycja, moje zezwolenie, by uczynił we mnie, to co chce. A co On może chcieć? Mojego dobra, mojego szczęścia, mojej świętości. Tak jak lekarz chce zdrowia pacjenta, choć nieraz najpierw musi zadać ból, by pomóc. A Jezus jest przecież najlepszym Lekarzem. Nie muszę się lękać, nawet jeśli będzie coś trudnego czy bolącego. Jestem w dobrych rękach. Za s. Faustyną chcę wołać: Jezu, kształtuj moje biedne serce według Twojego Boskiego upodobania (Dz. 178).

Nieraz się jednak zdarza, że klękam w kaplicy i jest ciemność, nie potrafię się skupić, chcę uciec, wydaje się, że Go nie ma, jest pustka. Siostra Faustyna w takim wypadku radzi: Niech dusza wie, że aby się modlić i wytrwać w modlitwie, musi się uzbroić w cierpliwość i mężnie pokonywać trudności zewnętrzne i wewnętrzne - trudności wewnętrzne: zniechęcenie, oschłości, ociężałość, pokusy; zewnętrzne: wzgląd ludzki - i uszanować chwile, które są przeznaczone na modlitwę (Dz. 147). Sama także przeżywając takie trudności wołała: Jezu mój, choć noc ciemna wokoło i ciemne chmury zasłaniają mi horyzont, jednak wiem, że nie gaśnie słońce. O Panie, chociaż Cię pojąć nie mogę i nie rozumiem działania Twego - jednak ufam miłosierdziu Twemu (Dz. 73).

Chcę więc pamiętać, że On jest. Bez względu na to co czuję, On jest. I choć nieraz jest jak słońce za chmurami niewidoczny, to jest. Mogę ufać i wyczekiwać pojawienia się pierwszego promienia Jego obecności.

Dziękuję Ci, Panie, że jesteś.

s. Estera Rudź, ZSJM