lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
PAŹDZIERNIK 2005
nr 10/2005

O brudzie i o czystości

Szczęśliwie nam się kampania wyborcza do Sejmu zakończyła (prezydencka jeszcze trwa), przedstawiciele narodu zostali wyłonieni, nadzieje na przyszłość (dość umiarkowane w następstwie poprzednich rozczarowań) istnieją - czyli jest niezgorzej.

Warto jednak zastanowić się nad pewnym niezwykle interesującym aspektem przedwyborczej rywalizacji. Chodzi mianowicie o tzw. brudność, która - jak się nietrudno domyśleć - stanowi przeciwieństwo czystości. Ciekawa rzecz, ale to szczególnie lewica apeluje o czystość przedwyborczą. Ktoś naiwny mógłby pomyśleć, że chodzi o kandydatów jako o ludzi prawych, moralnych, po prostu - nieskalanie czystych. Wiadomo wszak, że kto jak kto, ale reprezentanci narodu winni prezentować poziom najwyższy, taki creme de la creme nacji. Oczywiście nikt nie posiada złudzeń, że będą to sami Cyceronowie, ludzie o pokroju Juliusza Cezara, Napoleona, czy choćby Grabskiego lub Kwiatkowskiego. Nie idzie tu o geniuszy, czy nawet o bardzo wybitnych. Idzie tylko (ha! raczej "aż") o moralnie czystych.

Okazuje się jednak, że nie taką czystość towarzysze mają na myśli. Ludzie, jak ludzie, ale na "brudne chwyty", na "polityczny rynsztok" lewica się nie zgadza. Owe zaś "brudności" to nic innego, jak prześwietlanie kandydatów, pokazywanie narodowi, jacy naprawdę są. To niewiara w "czyste ręce" i "bezczelne" - żeby nie rzec - "chamskie" kontrolowanie ich czystości. To zadawanie pytań "nieprzyzwoitych", których na "salonie", oddychającym atmosferą politycznej poprawności, zadawać pod żadnym pozorem nie wolno. Jeśli kandydat mówi, że ma czyste ręce, to mówi i żadnymi "brudnymi" pytaniami ich niepowątpiewalnej czystości, żaden "nienawistnik" podważać nie ma prawa. Inaczej bowiem czysty, niczym łza dziewicy, kandydat oburzy się i unurzany w "brudzie brudnych insynuacji", może nawet zrezygnować z wyborów, jako "zniszczony" przez "brudną kampanię" prowadzoną w sposób "rynsztokowy" przez osobników "chorych z nienawiści". Tak też się stało niedawno, ku oburzeniu i zgrozie "salonu" oraz pewnego usłużnie labilnego profesora. Tak więc dla lewicy nie brud jest brudny, lecz brudne jest ukazywanie ukrytego brudu. Na szczęście spora część populacji ma w tym temacie odmienne zdanie.

ks. Marek Czech