lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
SIERPIEŃ 2005
nr 8/2005

Afrykański odpust

Nazwa "Nguélémendouka" sprawia misjonarzom z Europy trochę kłopotów, dlatego często posługują się skrótem "Nka". Chodzi o sporą osadę w kameruńskiej diecezji Doumé - Abong? Mbang, gdzie około 1951 r. zakonnicy ze Zgromadzenia Spirytynów (Duchacze) otworzyli swoją placówkę, wybudowali okazały kościół oraz zespół szkół technicznych. Kiedy ich liczba zaczęła się kurczyć na skutek braku powołań pochodzących tradycyjnie z Holandii, Belgii i Francji, znaleźli godnych następców w Polakach. Biskup Jan Ozga był proboszczem w Nguélémendouce przez dziewięć lat, zna więc tu dosłownie każdy kąt. Jego opowieści brzmią niesamowicie. Oto czarownik rzucił na kogoś klątwę. Nieszczęśnik siny z przerażenia czeka na wyznaczoną godzinę śmierci. W ostatniej chwili przyjaciele wzywają kapłana, który modli się nad nim, zachęcając do ufności w Boga. Kiedy mija "godzina zero" wszyscy mogą odetchnąć z ulgą. Żeby nie ksiądz, człowiek umarłby pewnie na zawał serca, podobnie jak stało się już nieraz w podobnych wypadkach.

My przybysze z "innego świata" słuchamy z przejęciem biskupa wiozącego nas swoją terenową Toyotą. A jak prowadzi ! Droga jest wąska, kręta, obwarowana po obu stronach gąszczem tropikalnej roślinności. Pełno tu rzeczek, zaś z naprzeciwka wyskakują co chwila ogromne tiry z drewnem. Biskup Jan wykazuje się jednak doskonałym refleksem, unikając kolizji; bez zwolnienia nogi z gazu pokonuje prowizoryczne mostki (zazwyczaj dwie kłody przerzucone przez wodę), które uginają się niebezpiecznie pod ciężarem wozu.

Widać od razu, że jest tu znany, bo mijani po drodze ludzie pozdrawiają go z szacunkiem, on zaś w odpowiedzi błogosławi znakiem krzyża. Nawet policjanci odsuwają pośpiesznie z drogi zębate blokady, położone w ramach walki z przemytnikami złota, diamentów, czy cennych gatunków drewna, i przepuszczają nas bez żadnej kontroli. "Jestem dla nich szefem", uśmiecha się biskup. W tym wypadku odpowiada to rzeczywistości. Ponieważ jednak słowo "szef", działa tu nieco jak rzymskie "dottore" (doktor), nigdy nie zaszkodzi użyć go w stosunku do rozmówcy, każdy przecież lubi być doceniony.

Zaledwie mignęła nam przed oczami tablica Nguélémendouka skręcamy w aleję palmową, która prowadzi do niewielkiej kaplicy. Została wzniesiona w 1991 r. na pamiątkę stulecia ewangelizacji Kamerunu, a umieszczona w niej figura Maryi cieszy się u ludzi wielką czcią. Biskup zatrzymuje samochód i mówi: "Mamy zwyczaj, że po podróży idziemy najpierw pokłonić się Matce Bożej". Dziękujemy w milczeniu za szczęśliwie przebytą drogę. Z powodu ulewnego deszczu wyprawa stała pod znakiem zapytania właściwie do ostatniej chwili. "Jechać, czy nie ? A jeśli tak to kiedy ?" dręczył się od rana nasz gospodarz, a my nie bardzo mogliśmy zrozumieć jego obaw. Wystarczyło jednak znaleźć się na rozmiękczonej opadami drodze, aby pojąć dlaczego przejechanie 75?km może zająć w tych warunkach nawet kilka godzin. Na szczęście nigdzie nie ugrzęźliśmy, nie zjechaliśmy do rowu i tylko świąteczne spodnie umazały się nieco czerwoną afrykańską ziemią.

Do Nguélémendouki przyjechaliśmy na odpust Wniebowzięcia Matki Bożej. Zastaliśmy tu już sporo pątników, którzy od kilku dni schodzili się na święto z całej okolicy. Wyposażeni w maty do spania i niezbędny zapas jedzenia, kobiety z małymi dziećmi na rękach, wszyscy byli tak elegancko ubrani, że patrząc na ulepione z błota biedniutkie domki pytaliśmy się spontanicznie jak to jest możliwe ? Wiara człowieka wyraża się jednak również w ten sposób, o czym niestety coraz częściej zapominamy w imię pojętej na opak prostoty.

Wydarzeniem jakie obok odpustu Wniebowzięcia ściąga do sanktuarium w Nguélémendouce rzesze ludzi, jest pielgrzymka diecezjalna. Każdego roku wyrusza ona pod przewodem biskupa z innego miejsca i obok wymiaru duchowego ma charakter wizytacji duszpasterskiej. Ludzie się cieszą, układają na powybijanej przez samochody drodze wzory z liści palmowych i klęcząc na jej obrzeżach proszą o błogosławieństwo. Część z nich dołącza do pielgrzymki. Z kolei biskup ma okazję poznać z bliska sytuację różnych lokalnych społeczności. Życie koncentruje się tu wzdłuż drogi, więc można dotrzeć prawie do wszystkich. Wyjątkiem są jedynie kolonie Pigmejów żyjących w głębi dżungli, ale i oni nieraz wychodzą z leśnych chaszczy, bo przecież wydarzenie jest wyjątkowe.

Tymczasem Siostry Michaelitki z Nguélémendouki, przygotowały nam pokoje w pomieszczeniach dawnej szkoły. Jej upadek zaczął się kilkanaście lat temu wraz ze zmniejszającym się popytem na kameruńską kawę. Ludzie byli coraz biedniejsi, środki jakimi dysponowała misja nie wystarczały, więc trzeba było przekształcić obiekt w diecezjalne centrum formacji.

Zaraz obok znajduje się wybudowany przez spirytynów kościół, gdzie odbywają się obecnie najważniejsze uroczystości. Ażurowe okna świątyni z symbolem łacińskiego krzyża w środku, nie przepuszczają zbyt wiele światła, ale w tym klimacie to sposób na życie, szczególnie w porze suchej, gdy upał daje się we znaki.

W bocznych ołtarzach dwa obrazy, będące emblematem naszej narodowej religijności: Matki Boskiej Częstochowskiej i Jezusa Miłosiernego. Napisano już wiele o entuzjastycznym przyjęciu przez afrykańczyków wizerunku Czarnej Madonny. Jeżeli chodzi o kult Miłosierdzia Bożego, to w diecezji Doumé zaczął go rozwijać od niedawna sam biskup Ozga przy pomocy Księży Marianów, mających bogate doświadczenie w propagowaniu idei Bożego Miłosierdzia. Jakby nie było wspierali w tym dziele jeszcze księdza Michała Sopoćkę, kierownika duchowego św. Faustyny Kowalskiej.

Niełatwo mówić ludziom o miłosierdziu. Naród tu twardy, myśliwi, wojownicy, ludożercy, nie znający kompromisu i litości. Do dzisiaj opowiada się o tym, jak na początku XX wieku miejscowi zjedli niemieckiego żandarma z twierdzy w Doumé. W odwecie stracono czterech przywódców plemiennych, jednak przypadki kanibalizmu zdarzają się także w czasach nam współczesnych. Chociaż chodzi tu o ludożerstwo rytualne, bo z głodu nikt nikogo nie zjada, praktyka ta oddaje dobrze charakter stosunków międzyludzkich oraz wyobrażenie tubylców o siłach rządzących we wszechświecie. Idea Miłosiernego Boga, który domaga się jednocześnie miłosierdzia ze strony człowieka, oznacza więc prawdziwą rewolucję religijną i społeczną zarazem.

Na Mszy Świętej odpustowej kościół wypełniony jest ludźmi. To nic, że liturgia trwa przeszło trzy godziny, a zamiast ławek są tylko drewniane drążki, więc większość siedzi praktycznie na ziemi. Nikt się tym jednak nie przejmuje, nawet czas jakby zatrzymał się w miejscu. Żywiołowość solistów i śpiewających na przemian z nimi chórów udziela się wszystkim bez wyjątku, tak że już po chwili cała świątynia zaczyna poruszać się w tanecznym rytmie. Prawdziwa eksplozja życia ku chwale Bożej. Jeden z nas wygłasza homilię odpustową po francusku, którą tłumacz przekłada następnie na lokalny język maka. Wierni reagują spontanicznie i głośnym pomrukiem wyrażają swoją aprobatę. W procesji z darami przynoszą dwie kozy, maniok, banany oraz czubate misy z orzeszkami ziemnymi, bo to właśnie pora zbioru. Przyglądamy się podchodzącym do głównego celebransa ludziom: są wysocy, o zgrabnej sylwetce i szlachetnych rysach twarzy; niektórzy mają błękitne oczy jak siostra Judyta, diecezjalna ekonomka z Doumé, tylko, że ona jest Polką. Przed końcowym błogosławieństwem chór wykonuje kilka pieśni na naszą cześć, lecz tak naprawdę to my jesteśmy dłużnikami, gdyż przeżycie było wyjątkowe. Fragmenty folkloru afrykańskiego włączone w liturgię widzieliśmy już co prawda w Rzymie, bo Kościół jest powszechny, więc ceremoniarz papieski słusznie o to zadbał. W otoczce Bazyliki św. Piotra, był to jednak przede wszystkim folklor, tu natomiast odbieraliśmy tańce i śpiewy jako coś zupełnie naturalnego, pomimo całej swej egzotyki.

Pozostaje jeszcze obiad odpustowy. Menu obfituje w różne afrykańskie specjały, ale są również placki ziemniaczane i kiszone ogórki. Polskiej kuchni próbowaliśmy już w innych miejscach, gdzie pracują nasi rodacy. Ten kulinarny aspekt jest naturalnie mało istotnym, chociaż sympatycznym znakiem ich obecności w Kamerunie. Kiedy przed laty rozpoczynali tu swoją działalność, niektórzy weterani pracy misyjnej mieli wątpliwości czy sobie poradzą. Wiadomo z komunizmu i bez pieniędzy.... Czas pokazał, że nie byli gorsi od swoich poprzedników. Zmieniły się tylko metody pracy misyjnej.

Dawniej około 15 listopada, kiedy kończyła się pora deszczowa, kapłani i bracia zakonni wyruszali z Jaunde w teren. Szli pieszo z wioski do wioski, zazwyczaj w towarzystwie kucharza. Trzeba pamiętać, że w tym klimacie choroby często roznoszą się przez pokarm jednocześnie popularne jest powiedzenie "jeśli nie będziesz jadł, Afryka zje ciebie". W każdym miejscu gdzie głosili Słowo Boże, misjonarze pozostawiali katechistów, którzy następnie kontynuowali ich dzieło. Do Jaunde wracali na początku lipca, żeby podleczyć się i przeczekać deszcze. Wielu umierało w kwiecie życia na malarię, żółtą gorączkę bądź od ukąszenia węża.

Polskich misjonarzy jest obecnie w Kamerunie 150, przy czym dwóch pełni posługę biskupią. Korzystają z samochodów, internetu, radia, lecz nadal narażeni są na tropikalne choroby, napady rabunkowe, czasem na niezrozumienie wiernych, bo wielu oczekuje od Kościoła pomocy materialnej. O tym aspekcie nikt bynajmniej nie zapomina, więc obok posługi duchowej, księża i siostry zakonne zaangażowani są w walkę z epidemią AIDS, prowadzą szkoły, ambulatoria, opiekują się sierotami.

Co rano przed biurem ks. Józefa Madlocha, wikariusza biskupiego do spraw doczesnych (!), obserwowaliśmy długą kolejkę dzieci i młodzieży. Każdy z maczetą w ręku czekał cierpliwie aż dostanie kawałek ogrodu do wykarczowania, by za zarobione w ten sposób pieniądze opłacić sobie szkołę. Można tu śmiało mówić o pracy syzyfowej, gdyż w tropiku wszystko odrasta błyskawicznie, z drugiej zaś strony widzieliśmy, że nikt się za mocno nie przykładał. Ponieważ ksiądz Józef do naiwnych bynajmniej nie należy, traktował to jako formę pomocy dla tych, którzy nie mieli środków na naukę. Ci z kolei nabierali świadomości, że w życiu nic za darmo nie przychodzi i cenili sobie szkołę. Czyż to nie genialne?

Największą troską biskupa Ozgi jest teraz dokończenie synodu diecezjalnego jaki rozpoczął w 2000 r. To miało być takie przedłużenie Wielkiego Jubileuszu, a obecnie stanowi prawdziwe koło napędowe diecezji. Każdego roku podejmowana jest inna problematyka. Misjonarze, katechiści, oraz delegaci przybliżają ją wiernym i wspólnie dyskutują, następnie wypracowane postulaty przedstawiają na posiedzeniu plenarnym. Siostra Fabiana, pallotynka z biskupstwa w Doumé pokazuje nam dziesiątki broszurek, ulotek i plakatów jakie zostały rozprowadzone w związku z synodem. Kiedyś wyjdzie z tego pokaźna książka lecz już dzisiaj można zauważyć większą integrację społeczności diecezjalnej. Misjonarze pochodzący z różnych krajów, duszpasterze autochtoni oraz wierni są bliżej siebie i uczą się pracować "viribus unitis", czyli po prostu razem. "Ksiądz biskup jest jak stara małpa, który prowadzi nas młode małpy właściwą drogą", podsumowuje wysiłki swojego pasterza jeden z kameruńskich kapłanów. Porównanie brzmi nieco dosadnie, ale w ustach miejscowego to komplement.

Niedługo w południowej części diecezji zagraniczne koncerny rozpoczną eksploatację złóż kobaltu odkrytego zaledwie 60?cm pod ziemią; jest ponadto czerwona rtęć oraz inne bogactwa. Pociągnie to za sobą transformację całego regionu. Spontanicznie nasuwa się pytanie ile zyska na tym miejscowa ludność i czy nie ucierpi ponownie bezcenna tropikalna puszcza, poważnie już zdewastowana na skutek wyrębu cennych gatunków drzew ? Doświadczenie uczy, że Afryka przypomina wciąż jeszcze owego człowieka z przypowieści, który schodząc z Jerozolimy do Jerycha wpadł w ręce zbójców; ci go obdarli, zadali mu rany i porzucili na wpół umarłego. To nie moja myśl lecz Ojca Świętego z adhortacji apostolskiej "Ecclesia in Africa", podpisanej w Jaunde 14 września 1995 r. Jan Paweł II zachęca w niej Kościół, aby prowadząc ewangelizację kontynuował dzieło dobrego samarytanina. Sądząc po tym co zobaczyliśmy w Nguélémendouce, Doumé, Atoku i wielu innych ośrodkach duszpasterskich wschodniego Kamerunu, również tym razem misjonarze staną na wysokości zadania.

K. N.