lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LIPIEC 2005
nr 7/2005

Sojusznicy

Zaraz po upadku komunizmu przyszło mi wielokrotnie podróżować do Rumunii. Z nostalgią wspominam tamte czasy, kiedy Kościół greckokatolicki wychodził z podziemia, a biskupi ledwie wypuszczeni z więzień obejmowali władzę w diecezjach. Kiedy u kresu dnia siadaliśmy do kolacji, zaczynały się długie rozmowy na tzw. luźne tematy, wśród których pojawiała się nieraz osoba hospodara wołoskiego Włada Ţepeşa, znanego powszechnie jako Drakula. Zauważyłem, że jeśli ktoś czuł się Rumunem, to bez wyjątku na to, grekokatolik, łacinnik, czy prawosławny, podkreślał jego zasługi, dementując przypisywane mu zbrodnie i okrucieństwo. Owszem na parkingach i przy drogach można kupić kiczowate podobizny wołoskiego hospodara nazywanego niesprawiedliwie "wampirem wszechczasów", ktoś inny zabiega o wybudowanie światowego centrum horroru, w którym dla rozrywki miałoby się oferować gościom mrożące krew w żyłach doświadczenia. Czego jednak ludzie nie wymyślą dla pieniędzy?

Nieco później dowiedziałem się o związkach Drakuli z Rzymem, konkretnie z papieżem Piusem II. Odlegli nie tylko w sensie geograficznym, lecz jeszcze bardziej pod względem obyczajów, kultury oraz pozycji społecznej, przeciwstawiali się z jednakową determinacją ekspansji Imperium Osmańskiego. Obrona suwerenności narodów chrześcijańskich była w tym wypadku równoznaczna z obroną wiary oraz wynikających z niej wartości. Drakula miał ponadto powody bardzo osobiste, żeby podjąć walkę z najeźdźcą. Jako 10 letni chłopiec udał się razem ze swoim ojcem (od którego odziedziczył imię) oraz młodszym bratem Radu na dwór sułtana Murada II. Oficjalnie chodziło o zacieśnienie wzajemnych relacji. W rzeczywistości jednak Turcy zaniepokojeni rosnącą popularnością hospodara wołoskiego, postanowili go zgładzić. Ostatecznie znalazł on przychylność w oczach sułtana lecz przed powrotem do ojczyzny musiał oddać mu w zastaw swoich synów. Było to wówczas powszechnie przyjęte, a zakładników traktowano na dworze jak członków rodziny. Mieli więc prawie wszystko czego pragnie zazwyczaj młody człowiek: przyjaźnie, rozrywki, piękne stroje. Nic jednak nie było w stanie ukoić tęsknoty za rodzinnym domem, nie mówiąc już o tym, że los obu braci uzależniony był od postępowania ojca. Tymczasem on przystąpił do koalicji polsko-węgierskiej, która w 1443 r. rozpoczęła kampanię antyturecką. Wydawało się, że jego synowie zapłacą za tę zdradę życiem, im jednak nie spadł przysłowiowy "włos z głowy". Co więcej, po klęsce poniesionej przez wojska chrześcijańskie pod Warną przybliżyła się niespodziewanie perspektywa powrotu obu braci do ojczyzny. Ktoś wysoko postawiony (przypuszczalnie późniejszy zdobywca Konstantynopola Mahomet II), musiał być widocznie przekonany, że pobyt na dworze uczynił z nich wiarygodnych wasalów Imperium Osmańskiego. Kiedy więc młody Drakula zniknął nagle z adrianopolskiego pałacu, wielu widziało w tym próbę osadzenia na Wołoszczyźnie swojego człowieka. Stało się jednak odwrotnie, bo gdy tylko zdobył on władzę obrócił się zaraz przeciwko Turkom, podobnie jak jego ojciec oraz dziadek Mircza Stary, który składał hołd lenny jeszcze królowi Władysławowi Jagielle. W 1459 r. Mahomet II wyprawił swych posłów z żądaniem haraczu, płaconego normalnie przez wasalów. Drakula przyjął ich początkowo z wielkim honorami lecz wobec natarczywego domagania się pieniędzy i gróźb, zabił wysłanników w okrutny sposób. Sułtan zorganizował w odpowiedzi karną ekspedycję, która miała rozprawić się z buntownikiem. Ten zdołał jednak uciec w okolice fortecy Giurgiu nad Dunajem skąd rozpoczął kontrofensywę. 11 lutego 1462 napisze do króla Węgier, że tylko w przeciągu ostatnich 3 miesięcy zabił 23883 Turków. Drakula lubował się w dokładanym liczeniu swych ofiar. Odcięte głowy dowódców wojskowych i dostojników wysyłał następnie na dwór węgierski. Nauczył się tego w Adrianopolu, podobnie zresztą jak taktyki wojennej. Zatruwał więc źródła padliną zwierząt, palił miasta i osady, pertraktował kapitulację, żeby później uderzyć z zaskoczenia, wbijał na pale wziętych do niewoli jeńców. Tym ostatnim zyskał sobie przydomek "Ţepeş", dosłownie "Palownik". Imię Drakula (łac. draco) zawdzięczał natomiast przynależności do rycerskiego Zakonu Smoka, który powstał do zwalczania herezji, głównie husytyzmu, ale brał również udział w walce z najeźdźcami spod znaku półksiężyca. W związku z tym nosił stale na piersiach wizerunek smoka oraz zielono-czerwony płaszcz, symbol zranionej śmiertelnie bestii.

Sułtan nie dał jednak za wygraną. 175 łodzi z bitnymi oddziałami wpłynęło do delty Dunaju, rozpoczynając wędrówkę w górę rzeki. Drakula zaszył się ze swoimi bojarami w Puszczy Baneasa pod Bukaresztem, tam gdzie dzisiaj znajduje się krajowy dworzec lotniczy. Nawiasem mówiąc to właśnie jemu przypisywane jest założenie obecnej stolicy Rumunii. Zaatakował znienacka 17 kwietnia 1462 r. odnosząc raz jeszcze wspaniałe zwycięstwo. Zginęło 7000 Turków, a sułtan musiał ratować się ucieczką. Jednak i po stronie wołoskiej straty były ciężkie, w związku z czym hospodar wycofał swoje oddziały do Siedmiogrodu (Transylwanii), będącej wówczas pod panowaniem węgierskim.

Mniej więcej w tym samym czasie papież Pius II (Enea Silvio Piccolomini) zwołał w Rzymie kardynałów, oświadczając purpuratom, że ma zamiar stanąć osobiście na czele krucjaty. Jej celem miała być obrona wiary i wyzwolenie chrześcijan, którzy znaleźli się pod jarzmem tureckim. "Chociaż chorzy na ciele i podeszli wiekiem, chcemy objąć dowództwo w wojnie o wiarę katolicką ... Mamy nadzieję, że ogłoszenie tej decyzji niczym potężny grzmot wyrwie narody z ich snu i zapali ducha wiernych do obrony religii". Rok później 23 września 1463 r. tłumaczył w ten sposób swoją rolę: "Z pewnością jesteśmy za słabi, żeby walczyć z bronią w ręku, zresztą nie takie jest zadanie kapłana. Lecz my będziemy naśladować Mojżesza, który modlił się na wzniesieniu, podczas gdy lud Izraela walczył przeciwko Amalekitom". Przypuszczalnie nikogo z dostojników nie zdziwiły słowa papieża, bo idea powstrzymania postępującej ekspansji Imperium Osmańskiego, a w związku z tym również Islamu, pojawiła się u niego jeszcze przed wstąpieniem na Tron Piotrowy. Podobnie jak w przypadku Drakuli był i tutaj pewien osobisty wątek. Piccolomini, z wykształcenia klasyk, zaś z zamiłowania poeta, służył przez długie lata różnym kościelnym dostojnikom, sekretarzując nawet ostatniemu w historii antypapieżowi Feliksowi V. Pomimo tego nie mógł zdecydować się na przyjęcie święceń. Pociągało go światowe życie, a ponieważ był uczciwym człowiekiem, uważał, że nie można pogodzić go ze stanem kapłańskim. Przełom nastąpił dopiero po śmierci przyjaciela kardynała Juliusza Cesariniego, który 10 listopada 1444 r. poległ pod Warną razem z królem polskim Władysławem III Jagiellończykiem. Piccolomini zmienił się gruntownie, co nie uszło uwadze papieża Eugeniusza IV. Ojciec Święty nie tylko mu przebaczył lecz powierzył także odpowiedzialne urzędy. Trzy lata później przyszły święcenia kapłańskie, wkrótce potem biskupstwo w Trieście i Sienie, następnie kardynalat. Mało brakowało, a zostałby biskupem warmińskim lecz król Kazimierz Jagiellończyk nie dopuścił do tego, obawiając się jego austriacko-niemieckich sympatii. Temu duchowemu przełomowi towarzyszyło jednocześnie przekonanie, iż należy stworzyć koalicję wszystkich narodów chrześcijańskich. Mówił o tym przy okazji koronacji cesarza Fryderyka III Habsburga, która 19 marca 1452 r. sprowadziła do Rzymu wielu europejskich władców. Jednocześnie z inicjatywy Piccolominiego, słynny franciszkański kaznodzieja św. Jan Kapistran przemierzył wiele europejskich miast, od Magdburga, Lipska, Wrocławia po Kraków i Budapeszt, wzywając do zbrojnego ruszenia przeciw niewiernym. Towarzyszyło mu 12 współbraci, którzy tłumaczyli głoszone po łacinie kazania na różne języki. Ochotnicy wzmocnieni przez regularne oddziały, rozgromili Turków pod Belgradem 22 lipca 1456 r., zaś papież Kalikst III przypisując zwycięstwo interwencji Bożej ustanowił na tę pamiątkę święto Przemienienia Pańskiego. Jest ono obchodzone 6 sierpnia, gdyż właśnie tego dnia wiadomość o triumfie wojsk chrześcijańskich dotarła do Rzymu.

Gdy tylko Piccolomini został wyniesiony na Tron Piotrowy jako Pius II, zwołał do Mantowy wszystkich wielkich Europy, aby uzgodnić z nimi plan krucjaty. Niestety zjazd zakończył się w praktyce niepowodzeniem. Rozgoryczony papież napisał w związku z tym list do sułtana, zachęcając go do przyjęcia religii chrześcijańskiej. W zamian za to obiecywał Mahometowi II uznanie jego władzy na podbitych terytoriach oraz rolę protektora Kościoła jaką miał w swoim czasie Karol Wielki. "O jakby obfitował wówczas pokój i wróciłby opiewany przez poetów złoty wiek Augusta", pisał w swoim liście. Sułtan się jednak nie nawrócił, a na europejskich dworach także większego odzewu nie było. Tymczasem padła Bośnia i papież udzielił schronienia królowej Katarzynie macosze zabitego przez Turków króla Stefana Tomaszewicza. Jednocześnie nasilił przygotowania do ogłoszonej krucjaty. Wiadomo, że tego typu inicjatywy kosztują. Pius II nałożył więc podatki: 10% na dobra kościelne z papieskimi włącznie, 5% na żydowskie, 3% na wszystkie inne. Już wcześniej wspierał ze swoich funduszów regenta węgierskiego Janosa Hunyady, oraz jego syna króla Macieja Korwina. Walczący u ich boku Drakula, korzystał również z papieskiej pomocy. Niektórzy utrzymują nawet, że spotkał Piccolominiego jeszcze za kardynalskich czasów. Papież liczył w każdym razie na jego udział w organizowanej krucjacie, obok wspomnianych już Węgrów, Wenecjan oraz albańskiego bohatera Gjergija Skanderbega.

Stała się jednak rzecz zupełnie niespodziewana: król Maciej Korwin uwięził Drakulę. Byli niewątpliwie sojusznikami w walce z osmańskim najeźdźcą ale jak to bywa często pomiędzy sąsiadami kontrowersji również nie brakowało. Wydaje się, że chodziło tu głównie o kolonistów niemieckich jakich Węgrzy sprowadzali od XII wieku w celu umocnienia wschodniej granicy królestwa. Z czasem przeniknęli oni do Wołoszczyzny, gdzie jednak nie cieszyli się życzliwością hospodara. Zaraz po jego uwięzieniu monarcha węgierski rozpuścił głosy, że przechwycił list Drakuli do sułtana, mówiący o wspólnym spisku. Było to jednak na tyle mało prawdopodobne, że papież i doża wenecki postanowili dokładnie zbadać całą sprawę. Maciej Korwin zmienił więc taktykę. Najpierw przeniósł swojego więźnia do wystawnej willi w pobliżu Pesztu, następnie zaś przygotował dowody na konieczność jego izolacji. Już ani słowa o zdradzie lecz jedynie opisy czynów wskazujących na niespotykane okrucieństwo wołoskiego władcy. Na podstawie otrzymanej relacji, Pius II poświęcił Drakuli sporo miejsca w swoim dzienniku Commentari rerum memorabilium. Współczesna literatura z gatunku horroru jest niczym wobec opisanych tam gwałtów: wbijanie na pale, ćwiartowanie i obdzieranie żywcem ze skóry, kanibalizm, jednym słowem niekończąca się rzeka krwi. Mówi się jednocześnie o zasługach Drakuli w walce z Turkami, chociaż i tutaj jego okrucieństwo akcentowane jest w szczególny sposób. Papież nie miał powodów, aby nie wierzyć królowi węgierskiemu. Ponieważ daleki był od zasady iż "cel uświęca środki", postanowił ostatecznie zrezygnować z udziału hospodara wołoskiego w krucjacie. Kończy więc poświęcony mu rozdział słowami: "Do dzisiaj jeszcze Wołoch gnije w więzieniu; mąż o ciele potężnym i pięknym, który z wyglądu podatny jest na dowódcę; tak to w ludziach zewnętrzny wygląd różni się od stanu duszy".

Drakula pozostał więc więźniem króla Macieja Korwina, podczas gdy papież dołączył do tysięcy ochotników przybyłych do Ankony z całej Europy, by stamtąd wyruszyć na krucjatę. Zdawał sobie sprawę, że idzie na pewną śmierć, bo chociaż nie przekroczył jeszcze sześćdziesiątki, cierpiał na wiele dolegliwości. Czy jednak może być dla kapłana coś piękniejszego niż śmierć za wiarę oraz powierzoną sobie owczarnię? A przecież tam na Bałkanach, w Grecji i Azji Mniejszej chrześcijanie zanosili nieustanne modły o wyzwolenie spod tureckiego jarzma. Oczekując w Ankonie na przybycie obiecanych przez Wenecję okrętów, Pius II odszedł do wieczności w wigilię Wniebowzięcia Matki Bożej 1464 r.

Również Drakula zginął w obronie własnego narodu i wiary, którą wyznawał na swój sposób lecz przypuszczalnie niewiele różnił się w tym od współczesnych sobie władców. Jego wizerunek przekazany papieżowi, musiał być poważnie przesadzony, w przeciwnym razie król węgierski potraktowałby go zupełnie w inny sposób. Tymczasem dał mu za żonę swoją kuzynkę Ilonę, a gdy zagrożenie tureckie wzrosło pomógł hospodarowi w odzyskaniu władzy na Wołoszczyźnie. Stanowiła ona wówczas prawdziwą linię frontu i Drakula musiał stale odpierać ataki oddziałów tureckich. Poległ w potyczce z nieprzyjacielem pod koniec 1477 r., zapisując się w pamięci swoich rodaków jako bohater narodowy.

Nie mogłem oprzeć się pokusie odwiedzenia zamku Drakuli w miejscowości Bran, chociaż niektórzy utrzymują, że nigdy on tu nie mieszkał. Budowla ta powstała w latach 1377-1382, zaś obecny jej kształt i wystrój wnętrz pochodzi z drugiej połowy XIX w. Pomieszczenia są niewielkie, wypełnione stylizowanymi meblami, na kamiennych posadzkach leżą wyprawione skóry wilków i niedźwiedzi, odrestaurowano troskliwie wiekowe kominki oraz znajdującą się na dziedzińcu studnię. Wszystko jak w bajce, jedynie wąskie, mroczne korytarze o chropowatych, nieotynkowanych ścianach, mogą w jakiś sposób przywoływać obraz okrutnika Drakuli. Z ostatniej kondygnacji roztacza się wspaniały widok na okolicę. Teren jest tu lekko pofałdowany, u podnóża wzniesienia rozłożyło się miasteczko Bran z czerwonymi dachami skromnych domków, dalej morze zieleni aż do brunatnych grzbietów Karpat, które zamykają horyzont. Według krążących legend, u podnóża zamku, tam gdzie płynie wartka rzeczka, hospodar miał przeprowadzać egzekucje. Następnie z góry przyglądał się konającym na palach skazańcom.

Trudno powiedzieć jak było naprawdę, bo fakty wymieszały się z mitami, powstałymi często na kanwie etnicznych uprzedzeń. Może jednak dzięki temu osoba Drakuli przeraża i pociąga zarazem. Jego wizerunek pozostawiony przez papieża Piusa II jest tego najlepszym dowodem.

K. N.